2011

16 października.
Motyw piskania w literaturze górskiej.

Wyjechałem w południe, do najintymniejszych, wilgotnie chłodnych zakamarków rudej jesieni. Naokoło chaty nieporządek, znak, że odpoczywała tu niestety kolejna szkolna wycieczka. Maliny zjedzone razem z liśćmi, drewno rozsypane. Orzechów nie zjedli. Zrobiła to inna wycieczka przed dwoma tygodniami. Ci nie zdążyli. Ja też. Zaniosłem rzeczy do chaty, aparat i biegiem w tę jesień. Byle do lasu, światła, liści, mojego oddychania. Ledwie wyszedłem na Kącinę, w kadrze pojawiła się babka. Gęba z wąsem od kawy, w oczach łzy, w ręce telefon co pisko. Jasiek mioł operacjo. Sześ godzin. W cwortek. Jesce mo badanio. Sześ godzin w cwortek. A udała się? Sześ godzin. W cwortek. A telefon pisko. Ide do ciebie, bo ty mosz ładownice, a mnie pisko. Nimos, póde do Marka. Bo pisko. A nie dzwonio. Jo nie wiem. Jednym sie przejmowałam, drugim tyż bede. A łzy kapią, rozmywając czarną obwódkę wokół ust. Pije babka tę słoną kawę i przytula się do mnie. A ja pocieszam, że mam jakąś ładownicę i cieszyć się trzeba, a nie płakać, bo operacja przecież udana. Idziemy do mnie. Babka koło Zosinej stodoły, na skróty, ja szlakiem, naokoło, żeby fidelek nie rzucił się na agresywnego pikusia. Rzuca się. Podkładam mu nogę, fidel zwala się na bok, ja na dupę. Z otwartej torby wypadają obiektywy i turlają się do lasu. Zbieram to wszystko. Ruszamy. Ja kuleję, pies kuleje. Babka przy stole. Ładownica stara, druty poskręcane, posklejane taśmą klejącą, ale ładuje. Wis, mioł te operacjo. Sześ godzin. Cego telefon pisko, jak ładuje? Może był całkiem rozładowany i dlatego. Zaraz się podładuje, to przestanie. Nie słyse cie, pewnie mom słabo baterio. Powiem ci, to mi kiedy kupis. Zaś pisko. Babko, może aparat ci pisko? Kupiłem ci mleko, chleb, ryż i konserwy. Chcesz? A moze to aparat mi pisko? Ide, to jak sie załaduje, to mi przyniesies? Przyniese. Wychodzi piskając. Wyruszam znów na zdjęcia. Pochmurzyło się, nie ma już tego miodowego światła. Wracam, układam drewno, klnę. Klnięcie dobrze mi robi na płuca. Za mną łazi pies i co chwilę ociera się o mnie pyskiem. I pisko. Pewnie zatoki go bolą. Dwóch weterynarzy, dwa tygodnie leczenia, osiemnaście zastrzyków bez i ze sterydami, tabletki wpychane do gardła, krople do oczu, maść, 300 złotych. I pisko.

O osiemnastej idę do babki. Fidelek grzecznie maszeruje przy nodze, na pikusia nawet nie spojrzy. Widzisz, jakiś grzeczny. Wystarczy psa kopnąć, żeby był grzeczny. Mnie też.
Żałuję, że zostawiłem u babki reklamówkę z biedronki. Wiosną znajdę ją w lesie.
Wieczór. Poprawiam prace, moczę stopy w miednicy i patrzę, jak po podłodze biegają troski, obawy, lęki. Niektóre zbliżają się do mnie na chwilę. By je odpędzić, najczęściej wystarczy mocniej dmuchnąć albo plusnąć głośniej nogą w miednicy, na inne trzeba prychać, jak kot. Niebezpieczne są lęki. Na nie trzeba krzyknąć albo splunąć, a i to nie zawsze pomaga. W ciemnym kącie po prawej czai się czarna rozpacz. Tam nie spoglądam nawet, ale czuję jej niespokojny oddech. Tej nie spłoszy nawet fidel. Gdybym spojrzał, zachęcił ją, gdyby stamtąd wypełzła, byłoby po mnie. Mam na kredensie słoik z dżemem truskawkowym, gorącym latem zamkniętym na dłużej. Kusi, by otworzyć, skosztować wspomnień. Zostawię go sobie na zimę, gdy całkiem wystygnie biedne, skołatane serce.

Ach te marynaty, dżemiki, winka, nalewki, słoiczki z napisami drukowanymi komputerowo! Znałem jedną panią, która kochała marynowanie bardziej niż dzieci, męża, psa i Pana Boga. Upychała do słoików, co tylko zdołała wyhodować w maleńkim ogródku za domem albo kupić na bazarku. Znosiła pomidorki, ogóreczki, grzybki, śliweczki. Myła, układała na stole i upychała do słoiczków. Dzieci, które chciały zjeść choć jedną, o taką maciupką śliweczkę, biła łyżką po łapach. Teraz zjesz, a zimą co będzie? Przecież nie kupisz w sklepie. W końcu dzieci zaczęły się dziwić, że pies jeszcze łazi bez słoika, niezamarynowany.  Wreszcie ta wiewiórkowa pani zamarynowała własną cipkę. Zrobiła to z miłości do męża, żeby miał na później, na stare lata. Teraz by ją chętnie otworzyła, ale mąż nie chce, bo podejrzewa, że może być przeterminowana.

Noc. Kładę się do łóżka w apartamencie. Zimno. Dziś nie będzie piżamy, ale ciepła koszula w kratkę z resztkami zapachów lata. Zanim ją założę na chudy grzbiet, jak narkoman sierpniowy wdycham ten zapach, zagubione atomy ciepła, które odeszło z ptakami. Kładę się. Zasnę dziś szybko, bo poprzednia noc była bez snu. I kiedy już zaczynam śnić to, co wymarzyłem za dnia, pies leżący w kuchni zaczyna głośno szczekać. Myszy. Tuptają sobie beztrosko po kuchni, wyjadają pasztet z otwartej lodówki, zwiedzają mój jutrzejszy obiad. I piskają. Wstaję, chowam jedzenie do dwójki, zamykam drzwi na klucz i wracam do łóżka. Wołam psa do siebie, niech mnie broni i grzeje zwierzęcym ciepłem. Daj mi Panie Boże zasnąć snem bez snów. Odpędź ode mnie troski. Aniele boży, stróżu mój, ty zawsze... A tym którzy mnie nienawidzą ześlij sen, że wygrałem w totka pięć milionów.
Rano. Wstałem wcześnie, żeby przyłapać mgiełkę na intymnej toalecie. Niestety, to ona mnie przyłapała. Podpełzła pod samą chatę mokra i zimna. Nawet cześni nie było widać i pies nie kwapił się do miski. Zjadłem śniadanie, posłuchałem jemnych melodii i zbieram grotki do nivy. Jutro wrócę z odżywką dla myszy, bo jeśli ich nie nakarmię, zjedzą chołpę.
No to spadam, bo pies już biega wokół samochodu. I piska.

30 czerwca. Okrutne ździerstwo górali karpackich.

Przychodzisz do schroniska zmęczony, zmarznięty, głodny. Schronisko nijakie, wygląda raczej na starą chałupę w remoncie. Wokół stosy piachu i kamieni, trudno znaleźć drzwi wejściowe. Facet, co cię za chwilę obsłuży i obedrze ze skóry, siedzi na ławce w czymś co przypomina niedokończony ganek, siorbie kawę, pali wstrętnego papierosa i otrzepuje portki z kurzu. Zdziwiony, że taki obdartus obsługuje schronisko, pakujesz się do ciemnej sieni, a potem, nie zdejmując ubłoconych butów, wchodzisz do pokoju, żeby obejrzeć warunki noclegu. Brudas w uświnionej koszulinie, ale w obuwiu zastępczym idzie twoim śladem i ściera go mopem. Postanawiasz przenocować, choć pokój zbiorowy i chłód w nim panujący wcale do tego nie zachęcają. W dodatku cena za nocleg, którą wymienił brudas, wydaje ci się co najmniej lekko przesadzona. Obdartus zaprasza cię na herbatę, więc siadasz na ławie w kuchni, słodzisz na maksa, bo cukier w organizmie trzeba uzupełnić i siorbiesz tę byle jaką herbatę. Pytasz, ile kosztuje taki napój na powitanie, a gospodarz łaskawie informuje, że jeśli zostajesz na noc, za herbatę nie musisz płacić. Idziesz do pokoju, przebierasz się i kładziesz na chwilę. Z kuchni dobiegają jakieś kuszące zapachy, więc wstajesz i wracasz tam. Obdartus siedzi za stołem i chlipie rosół, w którym pływają ogromne kawałki kurczaka. Pytasz, czy mógłbyś kupić obiad, ale okazuje się, że obdartus nic nie może sprzedać, bo nie prowadzi bufetu. Wstaje jednak zza stołu i nalewa ci na talerz ogromną porcję rosołu. Chlipiecie obaj. Opowiadasz mu o tegorocznej zimowej wyprawie na Elbrus. Mężczyzna kiwa głową i chlipie, ale jakby z podziwem dla ciebie. Chcesz umyć talerze, więc zbierasz je ze stołu i przelewasz pod kranem bieżącą, zimną wodą. Gospodarz nic nie mówi, ale kiedy kończysz, nalewa do zlewu gorącej wody z czajnika i myje je jeszcze raz. Potem wychodzi bez słowa. Idziesz za nim i pytasz, czy mógłbyś jakoś pomóc, żeby odwdzięczyć się za wspaniałą gościnę. Dostajesz siekierę i polecenie zrąbania kilku pociętych klocków. Uderzasz pierwszy raz, ale tak nieszczęśliwie, że trafiasz trzonkiem w kant klocka i trzonek pęka, a siekiera leci gdzieś do przodu i przepada w wysokiej trawie. Odnajdujesz ją, zanosisz razem z trzonkiem do obdartusa. Ten mówi, że to nic, że zawsze tak jest i może to dobrze, bo nikt sobie jeszcze nie uciął tą zepsutą siekiera nogi. Nie zdążył. Wstyd ci trochę, więc prosisz, żeby ja naprawił, to chętnie porąbiesz te klocki, ale on mówi, że nie ma zapasowego trzonka. Musi go jutro kupić. Trochę się dziwisz, że facet, który ma wokół kilka tysięcy hektarów lasu, kupuje trzonki do siekiery. Mówisz mu to, a on odpowiada zagadkowo, że drewno z lasu się do tego nie nadaje. Proponujesz, że zrobisz mu taki trzonek, tylko musi ci dać drugą siekierę, żebyś mógł wyciąć odpowiednie drzewo. Stary odpowiada, że nie ma drugiej siekiery. Miał kiedyś, ale zostawił ją na noc wbitą w pieniek do rąbania i ktoś ukradł. Siadasz więc na ławce, patrzysz jak brudas wbija zardzewiałe gwoździe w jakieś deski i opowiadasz o wyprawie na Elbrus. Zdaje ci się, że brudas zaczyna wbijać te gwoździe z podziwem, dla ciebie. Kiedy dłużej się mu przyglądasz, czujesz, jakby oblazły cię wszy, więc pytasz, czy jest w schronisku gorąca woda, bo chciałbyś wziąć kąpiel. Odpowiada, że bojler zamierzał włączyć dopiero wieczorem, po robocie, ale możesz sobie włączyć już teraz, tylko że musisz poczekać pół godziny, aż nagrzeje się woda. Denerwuje cię to czekanie i ciągłe sprawdzanie, czy wreszcie z kranu płynie wrzątek, więc rekompensujesz je sobie półgodzinnym prysznicem, aż kończy się cała nagrzana woda. Wieczorem, po kolacji pytasz, czy mógłbyś sobie schować niedojedzoną konserwę do lodówki. Już umyty i przebrany brudas zgadza się. Zaglądasz do środka i oczom twoim ukazuje się butelka wspaniałego pszenicznego piwa niemieckiego. Piłeś takie kiedyś i chciałbyś znów spróbować, więc pytasz, czy mógłbyś się zamienić na inne, które masz w plecaku. Umyty się zgadza, więc wstawiasz na półkę harnasia i degustujesz pszeniczne. Pytasz starego, dlaczego się z tobą nie napije, ale on wstaje od stołu, idzie na chwilę do łazienki, wraca i mówi, że jest zmęczony, więc musi się położyć. Prosi, byś idąc spać, wyłączył światło i zapomniawszy powiedzieć dobranoc, wychodzi z kuchni. Zaczyna się nudny wieczór, ale przypominasz sobie, że przecież jeszcze nie wysuszyłeś butów. Pod kuchnią dogasa, więc bierzesz dwa kosze i przynosisz drewno, potem włączasz telewizor, który o dziwo działa, choć odbiera tylko jeden program. Na szczęście jest świetny serial. Podłączasz jeszcze do ładowania komórkę i akumulatory do cyfrówki. Niewiele brakowało, a byłbyś zapomniał. Po godzinie decydujesz się wypić harnasia. Jutro przeprosisz. Parę minut po pierwszej idziesz do łóżka. Już zasypiając przypominasz sobie, że chyba nie wyłączyłeś światła w korytarzu i kuchni, ale pociesza cię myśl, że widziałeś energooszczędne żarówki, a facet pewnie wstanie za kilka godzin, więc go to w zasadzie nic nie będzie kosztować. Szkoda wychodzić z ciepłego śpiwora. Zresztą wyjście grozi schłodzeniem przepełnionego pęcherza, schłodzenie chęcią oddania moczu, a to znów skutkuje wychodzeniem na zewnątrz, bo w łazience nie ma sedesu, choć płaci się niemało.
Kiedy wstajesz o siódmej z zamiarem szybkiego wyruszenia na szlak, stary przygotowuje sobie ogromną porcję jajecznicy z grzybami. Mówi, że nazbierał o świcie i że to jego tradycyjne śniadanie, po którym nie musi nic jeść aż do południa. Chce cię nawet poczęstować, ale odmawiasz, obawiając się, że grzyby mogą być trujące. To doświadczenie z wyprawy na Elbrus, kiedy kilku członków ekipy lekkomyślnie najadło się miejscowych specjałów, a potem musieli schorowani i niepyszni wracać do kraju, schodząc z ostatniego obozu, gdy właśnie trwały przygotowania do ataku na szczyt. Nie odmawiasz jednak kawy, gdyż widzisz, że jest znakomitej jakości i umiejętnie zaparzona. Pytasz, ile płacisz za nocleg. 18 złotych. Dajesz 20. Stary sknerus nie ma oczywiście wydać. Udaje, że szuka, przetrząsa wszystkie swoje zaśmiecone kieszenie, znajduje gwoździe, śruby, połamane pety. Wszystko, ale nie pieniądze. Decydujesz wspaniałomyślnie, że zapłacisz więcej. W końcu dostałeś herbatę. Ponieważ widziałeś na podwórku przerdzewiałą nivę, pytasz, czy gospodarz nie jedzie przypadkiem po zaopatrzenie, bo chętnie byś się zabrał. Mówi, że zamierzał jechać dopiero pojutrze, ale zwiezie cię, bo mu głupio, że nie ma drobnych. Gdyby ktoś przyszedł na nocleg, znowu będzie miał problem. Zjeżdżacie nieprawdopodobnie dziurawą drogą. Samochód piszczy i skrzypi, że trudno rozmawiać. Mówisz staremu, że lepsze od niv są rangerovery, którymi podróżowaliście w czasie wyprawy na Elbrus. Są niezawodne, a używany, w doskonałym stanie samochód tej marki można już kupić za pięćdziesiąt tysięcy. Stary odpowiada, że wie, jest zorientowany, widział takie auto w milicji. Dobre jest, bo wielkie i mocne, to dużo drewna by można nim zwozić. Potem jeździ w kółko po wsi, szukając sklepu, gdzie mógłby rozmienić pieniądze tak, żeby było po dwa złote. Kiedy wreszcie mu się udaje, jesteś już mocno zdenerwowany, bo straciłeś dużo czasu dla marnych dwóch złotych. Już od dawna mogłeś być na trasie. Stary podwozi cię na przystanek, gdzie zaczyna się szlak i odjeżdża, pewnie po ten trzonek do siekiery. Kiedy się żegnacie, obiecujesz, że jeszcze kiedyś odwiedzisz jego schronisko dla wspaniałego klimatu, który w nim zagościł i gospodarza, który parzy świetną kawę. Zostajesz sam, skończyły się udawane uprzejmości, czas ruszać na szlak. Przystanek jednak kusi i gdy nadjeżdża bus, podejmujesz nagłą decyzje powrotu do domu. Kierowca pędzi, karpackie pagórki oddalają się z kosmiczną prędkością. Podjąłeś dobrą decyzję. Tydzień w tych niby górach kosztował cię prawie tyle co wyprawa na Elbrus. A wszystko przez niezrozumiałą chorobliwą wręcz pazerność górali karpackich. Przez ich okrutne zdzierstwo. 

Październik. Dziewiendziesiont i śtyry.

Nadszedł znów czas liści szeleszczących w sieni, moich ciekawskich towarzyszy gwałtownych górskich jesiennych pożarów lasów. Nie gasić, ale podsycać by się je chciało kolorami, ciepłymi powiewami wiatru, radosnym tańcem na powietrzu. Jesienie wybuchają nagle, z mgły i deszczu się rodzą a żyją krótko jak jętki popradzkie.
Przed pięcioma laty spłonęła doszczętnie wiekowa chałupa dziadka Buczka. Stała od niepamiętnych czasów na zagubionej w bukowych lasach polanie pod Kicorą. Opierała się wichurom, gramoliła wiosną spod zasp śnieżnych, dawała ciepłe schronienie ludziom i zwierzętom, które im wiernie towarzyszyły w nędznym górskim żywocie. Buczek, syn gajowego był polowacem od zawsze, choć uprawiał też ziemię, hodował krowy i konia. Na ścianach chaty wisiały liczne świadectwa tych polowań, rogi jelenie i fotografie myśliwych, którzy dźwigali na plecach ubitego wilka lub rysia. Myśliwych odzianych w ruskie uszanki, walonki, amerykańskie polary. Bo polujących było wielu przez wiek Buczkowego gazdowania na Kicorze. Złodzieje wyłamali drzwi, wypuścili oszalałe pieski, spakowali poroże i dla zatarcia śladów podłożyli ogień. Spłonęły ramki, pękło szkło, fotografie zwinęły się w skwierczące ruloniki, a potem pofrunęły niesione gorącym powietrzem. Polowace odeszli na zawsze spod Radziejowej, a z nimi biały jeleń, do którego nigdy nie strzelano, bo zabicie go sprowadzało śmierć na myśliwego.
Dostać się tam niełatwo. Ścieżki zarosły, drogi się nowymi zrywkami poplątały, poszły donikąd. - Poszłabym z wami - żałuje Królowa Gór z Poczekaja - ale goście przyjadą, może przywiezo chlyb i kiełbase. Musicie iść w Żabieńce, potem na Mnich, a stamtela na Mosowe i bez potok. A Bucka nie lubie, bo mi jego krowy kiejsi pole stratowały.
Ruszamy śladami wypasanych przed laty w lasach krów i starej, półwiecznej złości, która nie wygasła, ale prowadzić nas będzie jesień. Żabieńce jak zwykle toną w błocie, rozjeżdżona droga nasiąkła jak gąbka wodą, która rurką spływa aż do naszego Kordowca i dalej jeszcze na Obłazy. Mamy ze sobą butelkę tej wody, bo wychodząc pomyśleliśmy przezornie o gaszeniu pragnień. Schodzimy do Mnicha, polany której już nie ma, miejsca, gdzie kiedyś uciekający przed Tatarami mnisi zakopali klasztorny skarb. Jego ukrycie zaznaczyli na skale, ale po latach chciwi chłopi rozbili kamień i wykopali ogromny dół, na dnie którego powitało ich kilka zupełnie bezwartościowych robaków. Skarb zniknął, polana zniknęła pochłonięta przez chciwy las, legenda została. Nie szukamy skarbów, gdyż mamy je obok siebie, one do nas same przychodzą. Lekkie podmuchy nieśmiałego wiatru strącają na nas przelotne opady purpurowych liści. Zatrzymujemy się co chwila i kąpiemy zmysły w suchym szeleście liści, a nasz zachwyt jest milcząco radosny. Przedzieramy się przez jeżyny, wchodzimy na drogę Nie Wiadomo Dokąd, idziemy nią kawałek, wracamy, błądzimy znów w jeżynach, które gościnnie nas zatrzymują, aż nagle znajdujemy drogowskaz. To struga światła, która rozdarła gwałtem zasłonę liści i objawiła nam swój olśniewający kształt. Oczarowani, idziemy zasłuchani w strunę światła, a ona wygrywa dla nas niewielką przecinkę na suchym grzbiecie, skąd widać jak na dłoni zieloną polanę na Kicorze. Oddziela nas od niej przepastny jar, więc skręcamy na ścieżkę, która być może okrążając przepaść, wybawi nas od mozolnej wspinaczki. Wychodzimy wkrótce na niewielką polanę. Trawa skrzy się od rosy, która rozperliła się w cieniu młodnika, by przeczekać dzień. Brodzimy w kropelkach, które chłodzą nam stopy, a potem w niemym zachwycie patrzymy w serce jesieni, która tutaj rozłożyła się na południową drzemkę. Wodą z Kordowca zwilżamy wargi suche od ciepłych pocałunków wiatru i słuchamy drżącego bicia serca przyrody, w które wdziera się po chwili pożegnalny krzyk odlatujących gęsi. I nam udziela się drżenie serc. Patrzymy na siebie zdziwieni, nie poznajemy się, bo zaczarowała nas ta jesień.
Wreszcie nieubłagany czas łapie nas za kołnierze i podrywa brutalnie do wędrówki. Oszołomieni, jak ze snu obudzeni walczymy z nim przez chwilę, zbieramy z rośnej trawy pogubione oniemienia i posłusznie ruszamy w dół do potoku. Słychać już jego szept, ale wody ciągle nie widać. Osuwamy się rynnami liści, omijając skałki, które bezwstydnie obnażają wnętrze Beskidu, aż wreszcie stajemy na brzegu strumienia. Patrzymy, jak słońce, które przedarło się do głębokiego wąwozu przez zazdrosne korony drzew, wypija zachłannie jego mroczne skarby, niewielkie wodospady, jeziorka, kamienne meandry. To chyba najpiękniejsze miejsce, które natura ofiarowała Beskidowi. Czujemy, że stanęliśmy właśnie na progu tajemnicy nieodkrytej nigdy do końca. Jeśli jest Bóg, to przechadza się on właśnie po wodzie takich strumieni, a światło, które go prowadzi jest znakiem jego obecności. Towarzyszą mu liczne anioły, które przemykają   brzegami jako ochrona, a zdradzają ich obecność krótkie błyski na liściach i kamykach. Czasem któryś z nich nieostrożnie otrze się o drzewo wywołując opadanie liści, a jego towarzysze igrają wtedy w suchym deszczu. Dmuchają na opadające listki, co wywołuje ich podejrzanie pokrętne kołowanie albo z listka, który opada leniwie, czynią sobie kołyskę lub spadochron. Przypuszczam, że zanim listek wpadnie do wody, wyskakują z niego, by nie zmoczyć sobie piórek. Być może też obawiają się gniewu brodzącego na długich promieniach starszego pana z brodą, który jednak, jak każdy wszystkowiedzący, uśmiecha się tylko dobrotliwie, patrząc na te igraszki i nasze rozdziawione w zachwycie usta. Myślę też, że błogosławi nam wtedy i chce, żebyśmy byli szczęśliwi, bo przecież jest artystą. A który artysta nie lubi, kiedy podziwia się jego dzieło. Nawet jeśli czyni to widz o wrażliwości przeciętnej łaciatej krowy - człowiek.
Po stromym zboczu, oddychając jak ryby wyjęte z wody, dochodzimy wreszcie do zielonej polany, na której rozłożył się na zawsze król tych gór, dziadek Józef Buczek. Na spotkanie wybiegają dwa zajadłe kundelki, które przez godzinę nie opuszczą naszych wystraszonych nogawek. - Psów mom śtyry. Dwa za dużo, ale psy so potrzebne. Kiedysi wilki przyszły w nocy. Trzy były, a największy psa wybroł. Wyleciołem za niemi i przegnąłem. Jak ten największy skokoł bez płot, to pieska wypuścił. Wziołem bidoka, ale kręgosłup mioł przetrącony i tu pod progiem ten piesek zdech.
Dziadek kręci się po obejściu. Widać go między stodołą a stajnią, za chwilę między szopą a drewutnią, potem między drewutnią a stosem pustaków. - Pustoki my zwieźli, żeby dom odbudować, ale synowie, choć murorze, sie nie kwapio do roboty. Przykrywom to czem moge, ale leje, mróz ścisko i pękajo, bo leszowe albo z betonu.
Zaglądamy do izdebki przyklejonej do szczytowej ściany stodoły. W środku wyrko, piec angielka, na półce dwie konserwy. - Jak mi dom spolili, to my dobudowali te szope. Ocieplono jest, ale i tak na noc nie pole, bo sie boje, żeby sie łóżko nie zajęło. Angielke mi doł Pogwizd z Rytra, ale poli sie źle, bo komin zimny nieocieplony. Tak teroz mieszkom, a z domu ino kupka popiołu została, jak żem z targu wrócił. Wygodoł się taki jeden chodocek, że jak na grzybach tu był, to widzioł dwóch w kominiorkach jak, panie, te rogi nieśli. Może i poznoł kto to, ale nie powi, bo by zabili. Chwolił sie tyż taki jeden w karcmie, że poroża sprzedawoł, ale my nic nie udowodnili i nie wiadomo kto to i tak pewnie zostanie. Jo już słaby jestem, źmioki kopie som. Zarosły, bo konia nimom, to mało ich jest. Dopirom trzy wiaderka ukopoł, a pomóc nimo kto. Dobrze, że choć córka przychodzi, chlyb przyniesie. Na Kordowcu u wos dziki były? U mnie nie, dołem chodzo, to nie poniszczyły. Myśli pon, że jo mom ile lot? Dziewiendziesiont pieńć? Nie, dopiro dziewiendziesiont i śtyry.

Żegnamy się serdecznie, a słowa pożera jazgot psów, które wyczuły, że ruszamy znów w drogę. Fotografuję, a dziadek uśmiecha się i prosi o przyniesienie zdjęcia. Obiecuję i oganiając się statywem ruszamy w górę na ścieżkę dydaktyczną, która doprowadzi nas na szczyt Kiczory a potem pod Niemcową, gdzie znów znajdziemy się w zasięgu. Wracając na Kordowiec, spotkamy tłumy u Królowej Gór i T., która będzie nam towarzyszyć do chaty. Opowiemy jej, gdzie byliśmy, ale ona i tak nie uwierzy, że Buckowi dziki pola nie zryły. Powtórzymy tę opowieść kilka razy, może nawet zapiszemy ją, aż wreszcie zrezygnowani uznamy, że może nam się tylko tak zdawało? Że może cała ta wyprawa, była tylko snem, który przyśnił się nam, kiedy nocą usypiały nas cichutkie rozmowy jesiennego deszczu liści z dachem naszej chaty.

20 września. O wszystkich porach roku naraz.

Jest sobota, osiemnasta wieczorem. Rozpaliłem ogień pod kuchnią i piszę, zerkając na kartkę przez parę, która z każdym oddechem wydobywa się z moich ust. Wiem, że tak już będzie do północy. Zresztą, i tak jej nie doczekam, bo na Kordowcu sen przychodzi wcześniej, jakby zawsze czekał przyczajony pod ścianą jak złodziej, który kradnie dzień, a rankiem, skruszony, oddaje go przed świtem. Wyjechałem dziś tylko dla babki, z małą iskierką nadziei, że kolejny dobry uczynek zapewni mi chłodniejszy kącik w piekle, gdzie już na mnie czekają. Pomyślałem, że głoduje babina, bo szósty dzień pada deszcz i nikt chleba nie doniesie na Poczekaj. Łańcuchy wziąłem, bo obawiałem się śniegu. Nie było go tu jeszcze na szczęście. Padał w poniedziałek na Niemcowej u Władka. Z nieba leciały wielkie białe płatki, jak zimą. Władek ma szczęście do pierwszego śniegu, ostatniego niedźwiedzia, rogów jelenich. Bóg mu darzy, bo blisko niego siedzi na Niemcowej. Władek lubi grać w karty, więc może kiedyś Bóg przyjdzie do niego na partyjkę. Zagrają w 66, bez diabelskiej trzeciej szóstki, pograją na zapałki, bo Bóg pieniędzy nie potrzebuje ani ich nie ma, jak Władek.
W sklepie u Kotarbiny kupiłem przysmaki górskie; dwa chleby, pasztet Duda, kawałek boczku, dwie tanie konzerwy mięsne i jajka. Niwa gramoliła się na Kordowiec dzielnie, choć resory całą drogę dopukiwały się o naprawę. Mój anioł stróż jest w tych resorach. Każe jechać delikatnie i puka w podwozie, gdy włączam trójkę, nawet z reduktorem.
Do babki od Kordowca trudno się idzie. Nie ze względu na moje wypalane w nadmiarze niedopuszczalnym papierosy, ale wiatr, który przygina do ziemi samotne jodły. Metodą na czekanie wchodzi się na Poczekaj. Idzie się wolno miejscem odkrytym, potem czeka, aż wiatr będzie nabierał powietrza do płuc i ucichnie na moment. Wtedy ile sił biegnie się pod schylonymi do pasa jodłami. Nie wolno się w biegu rozglądać na boki, bo można by zobaczyć swą duszę na ramieniu. Ta rumieniąc się ze wstydu, że została zauważona, mogłaby odlecieć i byłby to koniec drogi, więc pędzić trzeba bez tchu, patrząc w mgłę, wiatr i nadzieję, że tym razem jodła się nie złamie.
U babki w sieni ciemności. Zagościły już tam na stałe, może po to, by ukryć przechowywane na półce skarby - pasztet Duda i kawałek boczku. Drzwi do izby zamknięte i na pukanie nie reagują, a w dodatku pod nogami podzwania coś w ciemności łańcuchem. Nie mam latarki, więc drzwi gwałtem otwieram i wchodzę mimo braku zaproszenia. Na stole robótka, skarpety zapowiadają kolejną srogą zimę, wdzięczność babki i czyjeś otarte do krwi stopy. Cieplutko, ale pusto. Wracam do sieni i w smudze mizernego światła, które miłosiernie płynie od uchylonych drzwi, badam stworzenie, które podzwania łańcuchem. Piesek. Śliczny, malutki, z mordką jak szczoteczka, ucieka pod skrzynię, wraca nieufnie, przysiada na łapkach i już się bawi. Kucam i bawię się z nim w półmroku, chcę poznać nowego pieska. W miarę poznawania łańcuch dzwoni coraz głośniej, a moje dłonie na przemian wyczuwają błoto i ciepło psiny. Dłuższą chwilę grzejemy się tą miłością od pierwszego wejrzenia, która zawsze prócz żaru ma w sobie wilgotną nieufność skorą do nagłej ucieczki. 
Wychodzę przed chatkę zapalić. Wiem, że babka jest w stajni, ale nie pójdę tam ze względu na to, że z każdym krokiem moje spodnie, wypijając kilogram mieszanki deszczu i mgły, osuwają się centymetr w kierunku kolan. Byłbym nagi po dłuższej drodze, więc stoję pod okapem i kurzę. Ręce mam w psim błocie, więc myję je w wiaderku, które rozpaczliwie zbiera wodę z rynny. Zbiera i oddaje dolinom, żeby miały powódź. Powodzie, jak wiadomo, powstają z przepełnionych w górach wiaderek.
Właśnie wycierałem dłonie o mokre portki, gdy z mgły  wynurzyła się babka ubrana w gumioki, sweterek i w deszcz. Stała tak nade mną z mgłą na ramionach, która każdy sweterek potrafi zamienić w cudny moher. Od przytulania zaczęliśmy, bo w mgłach się cni do przytulania, choćby z babką, choćby ze mną. Aparatu słuchowego nie miała, więc powitanie wygłosiłem w mgłę. To samo stało się z tłumaczeniem, dlaczego ręce w wiaderku moczę. Usprawiedliwiałem się dowcipnie, żem się na góry umyć przyszedł, bo w Rytrze wody brakuje, ale dowcip wchłonęła żarłoczna mgła. Do izby weszliśmy, człapiąc przez wodę, która już zalała przycynę. Babka narzekała, że i tu się już leje, więc kamienie podkładać musi, żeby suchą nogą dojść do sieni. Powiedziałem znów dowcipnie, że ma se gdzie nogi wieczorem umyć, ale dowcip   zatonął. Tym razem w ciemnościach sieni, wesołym brzęczeniu łańcucha i skomleniu u jego zakończenia, na którym miotała się jasna żywa plamka - mój nowy przyjaciel pies.
Babka zaproponowała kawo, bo akurat wrzątek był na kuchni. Nie odmówiłem, choć pora była już wielce nieodpowiednia. Pomyślałem jednak, że zamiast rozrusznika, można wypić mocną kawo i przynajmniej do dwudziestej dotrzymać raźno bijące serce. By coś napisać, komuś coś opowiedzieć, a nie wrócić do chaty tylko po to, by uciec w żywioł ludzi nieszczęśliwych, w sen. Łaziły zresztą za mną w tym smutku dzisiejszym wiersze. Umyśliłem pisać o ludziach, którzy odeszli, karpacką "Antologię z Poprad River" Nie mam dyktafonu, więc gdy nachodzą mnie wiersze, szepce je w powietrze, a ono mi je odbiera, już na zawsze. Kawa miała pomóc, zastąpić dyktafon, przykuć mnie do stołu do późnej nocy. Wiersz, porządny wiersz, powstaje bowiem nocą. Moje zaś klecą się byle jak na ścieżkach leśnych. Idą wpierw obok mnie, potem mnie wyprzedzają albo zostają za mną, gubią się gdzieś. Pełno się ich tu błąka w okolicy i stąd wrażliwi goście mawiają, że Kordowiec jest poetycki. Być może łowi je mój sąsiad, poeta Adam. Być może, bo mimo moich nagabywań nigdy mi swojego wiersza nie przeczytał, jakby się bał, że go rozpoznam. Kiedyś, gdy byłem redaktorem naczelnym lokalnej gazety, chciał mi wiersze sprzedać, jak to czynią złodzieje odsprzedający ukradziony nam samochód. Nie kupiłem, jak nie kupiłbym nie swojego już przecież samochodu.
Piłem kawo, ale zanim pokazały się na dnie szklanki fusy, babka hipnęła do sieni i z dumą, która przystoi wnoszeniu tortu weselnego, przyniosła puszeczkę górskiego piwa harnaś. Podobno nie wypiliśmy pampkówki na urodziny, podobno nie wypiliśmy wódki imieninowej, podobno. Stąd ten harnaś, którego z sykiem wypuściłem z puszki, nim kawa pokazała, że nie jest tylko brunatną, słodką wodą.
O psa zapytałem. To Azor. Przywióz go Edek Janorcok, w plecoku, na motorze. Mo cztery miesionce a już mondry taki i słucho sie. Mówie idź tu stela, idzie. Mówie chodź stam tela, idzie.  I tak zeszliśmy z babką na psy. Władek mo już cztery. Pszysed niedowno jeden taki, bez oguna. Brat Władka był, jeś mu doł, to zostoł. Nie wiadomo czyj, ale nikt nie szuko. Kiedysi Zośka na Koncinie szła z rękami na plecach, jak mo zwyk, a cosi jo po tych rękach polizało. To ten pies polizoł i ucik, a ona sie zlękła. Tak se chodzi ten pies, gdzie ino chce, ale krzywdy nie robi. A od Polakiewiczki pies to Julcie uzar jak do kościoła szła. Darła sie, to od Rudka Krzysiek przylacioł, potem po Antka dzwonili, to i on. I pogotowie było i milicja. Mioł jo Marek wcora do kontroli na wozie zwiś. Konia odkormił, ale nie jechali, bo loło, to by Julcia przemokła. Antek rane przemywo, ale doktor powiedzioł, że do świont sie bedzie goić. Nie szyli, bo skóry nima. Nowy pies Azor jest, ale so jesce Caruś i Baca, co nie sceko ino ściane gryzie. Całe mlyko wypijajo. Bacy nikt  przontnonć nie chce. Godoł mi motorzysta, że może zaszczyk przywiezie, ale leje, to go nima. Puścić nie puszcze, bo nie pódzie od chołpy i nieszczepiony. Zagłodzić nimom sumienio. Może go ktosi przontnie, jak ten z Błankowy co go przyprowadził, a Miśka zabroł do przontniencia.
Ściemniało się, więc wracałem przemakając tym razem z przodu. Wracałem do mojej chaty, do pieca, ognia i słów. A ponieważ miało być o czterech porach roku w jednej, przepisałem fragment:
"Czuł nagłe przejścia od gładkiego żaru jej skóry - owe szybkie zmiany klimatyczne, które należą do czarodziejskich zjawisk miłości. (W ciągu jednej jedynej godziny gromadzą się wszystkie właściwości pór roku na jednym ramieniu kobiecym, podważając w istocie prawo czasu.)"

25 stycznia

Od znajomego pożyczyłem książeczkę, którą zaczytuję się w smutne zimowe wieczory. To "Matusine słówecka. Słownik gwary górali nadpopradzkich" Wandy Łomnickiej - Dulak. Autorka książki mieszka w Piwnicznej, ale dzieciństwo spędziła w Kosarzyskach, które ze względu na swoją izolację geograficzną, stanowiły jeszcze do niedawna żywy skansen językowy. Pracowałem kilka lat w tej szczególnej, bo składającej się głównie z górskich osad, miejscowości. Słuchałem tej gwary w szkole, karczmie, sklepie. Z przyjemnością odkrywam na nowo ten piękny archaiczny język utrwalony na kartach niewielkiej książeczki przez wrażliwą i zakochaną w słowie znakomitą poetkę piwniczańską, której "hobby to ocalanie gwary górali nadpopradzkich i wędrówki po górach".
Słownik wydany w 2005 roku przez M-GOK w Piwnicznej rozpoczyna krótki list autorki zapraszającej do lektury wszystkich, którzy kochają gwarę czarnych górali. Zamiast wstępu zamieszczono na dalszych stronach opis gwary pióra Marii Lebdowiczowej. Podobną analizę znajdujemy na końcu słownika. Tym razem cechy gwary piwniczańskiej w przystępny sposób wyliczyła Anna Turek.
Część słownikowa to prawdziwa perełka dociekań amatorki, czyli prawdziwej miłośniczki żywego słowa, które odchodzi w zapomnienie. Każdy artykuł hasłowy zbudowany jest na podobnej zasadzie. Najpierw zamieszczono wyraz lub zwrot gwarowy, potem jego objaśnienie w języku ogólnopolskim i wreszcie zdanie, w którym to słowo zostało użyte. Owe przykłady są w tym niewielkim słowniku szczególnie cenne, gdyż ożywiają słowa, które odchodzą w zapomnienie, mijają, wzbogacają lamus językowy gór, kamienieją. Dzięki temu zabiegowi nie jest to kolejna słownikowa lekcja martwego języka. Poetka stwarza na nowo świat Jaśków, Wojtków z Doliny, Mikołajów, Felków, Kasiek, Marysiek, przeróżnych babek. Ubogi świat kurnych chałup, górali , których jedynym majątkiem był pies, kot, kura, krowina, czasem koń. Świat bogaty niepowtarzalną kulturą, mądrością i przepięknym obrazowym językiem.
Przykład? Proszę bardzo:
pomyjok, myjok myjka do naczyń kuchennych; Jendrek myjok zjod, bo myśloł, ze to miso z byka.
pozgrembiany pomarszczony; Jendrek barz sie zestarzoł, gemba mu sie tak pozgrembiała.
Obiecuję, że choć jeden egzemplarz tego wyjątkowego słownika wzbogaci naszą kordowcową biblioteczkę.
Pozgrembiany Jendrek z Kordowca.

23 stycznia

+
M

Szanowny Panie Andrzeju
w czwartek 31 stycznia w Katedrze w Kamiencu Podolskim zostanie odprawiona Msza sw. w Intencji  "O blogoslawienstwo Boze dla Andrzeja Kolbusza i Jego Bliskich"
z Bogiem
s. Ewa Durlak USJK


16 stycznia. Sianie lnu (zanotowała Agata Kulig).

Len siało się na polu zaoranym, zabronowanym. Musiało być czyste, dlatego wcześni wyczyszczono wszystko cież i dziadostwo, co to na polu wyrosło. Downo nie używano nawozów, ino podsiewało się pole drzewnym popiółem i na to siano len i zabronowywano. W lecie po odkwitnięciu na niebieściutko, zrobiły się takie pąki i w środku zamknięte były nasiona. Jak len dojrzał i urósł około pól metra, to szło się w pole i wyrywało razem z korzeniami to, co wyrosło i wiązało się to na takie snopecki nieduże, tak gdzieś do garści, i zaraz się do domu z pola w parytach przynosiło. W domu była taka deska, rafa z wystającymi kolcami zakończonymi główkami i w te kolce uderzało się niewielkimi pokładami tego lnu, co to się niedawno z pola przyniosło. Wykruszyły się te główki kwiatów z nasionami w środku. Zostały same takie pojedyncze źdźbła, które zaś się w snopecki wiązało i trza je było późni na pole wynieść do bielenia. Rozwijało się to i rozkładało na takie podobne do pokosów, co to się dziś zboże kosi i to tam musiało leżeć na deszczu, na słońcu, choć kiedy tak długo, że aż trawa przerosła. Trochu późni kobiety szły i sprawdzały, tak jakby szarpiąc, czy ta osłonka z włókna zamkniętego ładnie odchodzi. Jak nie, to musiało jeszcze leżeć, a jak doś odchodziło, to sie zaś w te snopecki wiązało i wtenczas chlebny piec rozpalano. Jak już był ciepły, to trza było wygarnąć wszystek ogień i włożyć do pieca te snopecki. Trzymano je tam kilka godzin, a nawet i pół dnia. Zależało to od pieca, jaki był gorący. Późni jak już te snopecki były wystarczająco suche, to trza było wynieść je przed dom i na kamieniu tłuc tłuckiem, żeby się słoma wytłukła i zostało samo to włókno. Co chwila trza było to suszyć na słońcu albo kłaść zaś do pieca. Była taka międlica, która służyła po to, żeby wytłuc to ździebło z włókna i była jeszcze taka cierlica, która była podobna do międlicy, tylko że była dokładniejsza. Późni wiązało się to włókno i liczyło się kopy. Na tym włóknie było trochu zmierzyny, którą trza było rozczesać. Brało się szczeć, którą się do deski bukowej przywiązywało i jak się to wyczesało, to włókno było takie pikne, a to co zostało z tego rozczesywania, to się wszystko wykorzystywało, na przykład robiono paryty albo worki na źmioki. To ładniejsze włókno to kobiety zwijały i specjalnie wiązały w takie warkocze, a późni przędły i te nici, co to im powstały, to specjalnie się zwijało na motowidło. Pod sufitem miało się rozwieszoną żyrtkę na którą wieszało się nić ściągniętą z motowidła. Jak kobiety zakończyły tkać, to liczyły ile jest tych zwoi uprzeżonej nici, którą późni odwozili do tkacza, który robił materiały.

13 stycznia

Na Kordowiec poszedłem w piątek po południu. Wybrałem czerwony szlak, żeby zerknąć po drodze na Raj Ryterski. Wiatr złapał mnie już pod Mikołaską, a na równi pod transformatorem trudno było utrzymać się na nogach. Gdybym nie miał plecaka i ciężkiej torby ze sprzętem fotograficznym, pewnie bym odleciał. Piątek dobry na odlot i baciarkę, bo ciżby nima. W Raju, jak to w raju - garstka samobójców na stoku pod rozkołysanymi krzesełkami. Śniegu naprodukowali pod dostatkiem, może na ferie wystarczy. Do chaty doszedłem równo ze zmrokiem. Woda w rurce zamarzła, ale na szczęście zostawiłem na blasze pełne czajniki. Te rozmroziły się szybko, choć drewna bukowego już nie mam i palę śmieci z jodłowych złomów. Chałupa też się prędko rozgrzała, bo na zewnątrz była dodatnia temperatura i kapało z dachu. Poczytałem trochę i już o 21 byłem w psiworku. Spałem, jak zwykle na Kordowcu, z przerwami, bo coś stukało, trzeszczało, chrzęściło. Słuchałem więc nocnych rozmów stuletniej chałupy z halnym do szóstej rano. Gdy zaczęło się rozwidniać, rozpaliłem pod blachą, zjadłem kromkę z serem i wyszedłem na plener. Niestety wiało niemiłosiernie, a na wschodzie przewalały się brunatne bałwany chmur. Wróciłem szybko, przy kawie poczekałem na świt i poszedłem do babki na Poczekaj. Była akurat w stajni, więc odwiedziny rozpocząłem od podziwiania bycka. Zapomniałem napluć na niego, żeby uroki odegnać, ale i bez plucia widać, że zdrowy jest i mocny. Potem wypiliśmy  kawo. Babka streściła mi nowości górskie. Staska Wielochę, co wpod w paryjo wspomniała i Staszka z Podbukowca, co na odpusty chodził. Ten ostatni som mieszkoł, śabrować go przyszli, uciekoł przed niemi, gdziesi w potok wpod i zamorz, a oni chołpe rozśabrowali. Pogrzyb pono już był. Po kawie znów poszliśmy zanieść do stajni pomyje. Bycka sfotografowałem, a babka podglądnęła zdjęcia w okeinku aparatu, bo na komputrze nie może. Cielę lubi być fotografowane, ładnie i chętnie pozuje. Jak babka.
Pożegnałem babcię, obiecałem, że przyjdę niedługo z lekarstwami na ciśnienie i wróciłem na Kordowiec. Prąd wyłączyłem, drzwi zaparłem i ruszyłem w dół, do Małej Roztoki. Spodziewałem się, że spotkam jakieś stado jeleni, ale widziałem tylko samotną sarenkę. Na ścieżce pod Ostrym Groniem zauważyłem świeże ślady jakiegoś drapieżnika, wilka lub rysia. Babka wspomniała, że Wielochowa wyśledziła wilka za szkołą (chatą). Może dlatego pusto w lesie pod Kordowcem.
Śnieg topnieje w oczach. Czyżby zabłąkały się w góry pierwsze forpoczty Wiosny?

2 stycznia

Mamy Nowy Rok i jak zwykle radość młodych, przed którymi jeszcze wiele nowych roków i smutek tych starszych, których każdy nowy rok zbliża do Piosków.  W Rytrze na Pioskach jest cmentarz. Właśnie teraz, gdy piszę pierwszy tej zimy dziennik, dzwonią pogrzebne dzwony. Chowają Łukasza. Dwadzieścia jeden lat. Przepchany w gimnazjum, potem jedna klasa zawodówki, narkotyki, ośrodek Monaru, ucieczka rodziny, która sprzedała dom i wyprowadziła się, bo Łukasz biegał za nimi z siekierą. Wydawało się, że będzie ocalony, bo poszedł w końcu do pracy na budowie i nawet kupił używany samochód. Ale była też gorzała, piwo, narkotyki i wyjazdy po świeży towar, którego ciągle było mało. Skończyło się w paryi na Młodowie. Niby nie on prowadził, niby ktoś tam jeszcze był, niby uciekł. Urazówka w sądeckim szpitalu. Stamtąd większość rozpoczyna podróż do wieczności, stamtąd ubiegłej jesieni uciekłem, by napisać jeszcze jeden dziennik.
Sylwestra spędziłem z synem na górze zamkowej w Rytrze. Kuląc się pod nieustannym ostrzałem rakietowym, zrobiliśmy kilka zdjęć. Pogoda była dobra i niezła widoczność, ale potem w dolinie zaległy tumany dymu z wystrzelonych w szale radości pieniędzy. Wczoraj byłem w chatce i popołudnie jechałem na szmacie. Była niewielka grupka i trzeba było posprzątać. Odwiedziłem też babkę Nowakową, która w sylwestrową noc była sama, ale ze swojej góry napatrzyła się na cudzą radość. Babina trochę w kłopocie, bo krowa ma się cielić w czwartek, a chłopa do pomocy nie ma. Zadzwonić po pomoc babka nie umie, więc kiedy się zacznie, będzie musiała pędzić na Kordowiec albo na Niemcową.
2005 - 8319, 2006 - 12684, 2007 - 16105.  To dane statystyczne o wejściach na Kordowcową stronę z trzech ostatnich lat. Cieszy mnie, że zaglądacie, wpisujecie się do księgi gości, przesyłacie życzenia, telefonujecie, by pogadać. Staram się więc codziennie aktualizować stronę i napisać kilka słów. Kiedy zdarza się, że nie mam  czasu, muszę gdzieś wyjechać, niektórzy z Was są zaniepokojeni brakiem aktualizacji. Zdjęciem dnia sprawdzają, czy jestem w domu. W czerwcu czeka nas ważna uroczystość. 85 lat chaty i 10 lat mojego gazdowania na Kordowcu. Musimy wspólnie pomyśleć, jak ją zorganizować, by góry naszą radość zapamiętały. Czekam na Wasze propozycje. 
Bądźcie w tym roku zdrowi, wygrajcie fortunę w totka, spotykajcie tylko dobrych ludzi, miejcie wiele radosnych chwil i zazierajcie czasem do chaty.

10 października. Pierwsze i ostatnie sprawozdanie jesienne.

Jesień przyszła zdecydowanie. Nie było nostalgicznych pożegnań lata zamykanego kluczem żurawi, powolnego pełzania purpurowych stoków z południa na północ. Buki zrudziały w jednym zimnym tygodniu, a w następnym podarowały wiatrom mizerne listki. Stało się tak za przyczyną niespodziewanego ich owocowania, ale bukwi było mało i udręczona robactwem spadła przed dojrzeniem. Stare góralki, bo jak wiadomo, starych górali na Kordowcu nie ma, powiadają, że wczesne gubienie liści wróży śnieżną i długą zimę, ale przepowiednia pomija wstydliwie niechcianą ciążę buków, która osłabiła drzewa, więc wierzyć w nią nie należy.
Pytacie, co u babki. Rzadko ją odwiedzam, bo na Poczekaju ciągle goście. Ryczą motory, quady, terenowe maluchy. Motorzyści zbudowali nad ogniskiem pokraczny szałas, przykryli go niebieską, potarganą przez wiatry płachtą i w każdy weekend urządzają tam huczne imprezy, kończące się wyścigami na podwójnym gazie. Babka  zajada kiełbaski pieczone na ognisku i sprząta to prowizoryczne schronisko, myjąc dwie wprawione w patyki szyby, ale śmieci wywożą motorzyści - do najbliższej kępy krzaków przy drodze. Rośnie więc stale wysokość babcynego Poczekaja o stosy  plastikowych kubków, talerzy, flaszek i puszek. Za kilka lat przerośnie Giewont i wtedy wdzięczni motorzyści postawią na nim krzyż. Przesuwam więc odwiedziny na zimę, która zaspami zatrzyma jurnych motorzystów. Wtedy znów tam pójdę z chlebem, podgardlem i dobrym słowem. Na razie poruszam się ostrożnie i to nie dlatego, że nocą grasują dziki i niedźwiedź miodojad, ale nie chcę mieć połamanych trzech ziober, jak pewien chłopina, który naprawiając drogę, nie zdążył w porę uskoczyć w krzaki i rozpędzony motorzysta przejechał mu po plecach.
Grzybów nasuszyłem za dużo. Obawiam się, że zabraknie przyjaciół do obdarowania. Dotknięty "jesienną chorobą Polaków" nazbierałem kilkaset kilogramów prawdziwków, a na Allegro chyba suszonych grzybów sprzedawać nie można. Trzeba będzie obchodzić co drugi dzień obiadową wigilię dnia następnego.
Piszę te słowa na Kordowcu, w gorącej kuchni, pod wpływem narkotycznego zapachu suszących się grzybów. Jeszcze nie ma dziewiętnastej, a już skądsi przyplątała się noc. Trzeba pozbierać grotki, odpalić nivę i zjeżdżać stąd czym prędzej. Wy zostańcie... z Bogiem. 

12 września. Podobno jeszcze lato.

Kończy się powoli zapas zdjęć, którymi do Was mówię ostatnio, więc słów kilka.
Od dziesięciu dni leje nieustannie. Słońca już prawie nie widujemy, zapomnieliśmy, jak żeglują po błękicie białe obłoki. Kisimy się w ogromnej wilgotnej beczce z czarnej chmury, nasłuchujemy groźnego ryku wezbranej rzeki, monotonnego plusku deszczu w rynnach i kałużach. Czytamy prognozy, które codziennie wydłużają naszą nadzieję o kilka dni. Najpierw do soboty, potem do wtorku, czwartku, wreszcie do kolejnej soboty. I tak na czekaniu mija kolejny tydzień ulewy. Zimno sprawiło, że sezon grzewczy rozpoczęliśmy po cichutku, z obawą, że zimą zabraknie węgla. Zdjęć nowych nie ma, bo choć wychodzę wieczorami na pagórek, zamiast kolorowych zachodów słońca widzę jednolity ocean szarości, w którym utonęły krajobrazy. Macondo.
Na Kordowcu pustawo. Tylko najwytrwalsi miłośnicy gór mają dość odwagi i cierpliwości, by cały dzień obserwować przez kuchenne okno smutny spektakl chwilowego odsłaniania cześni. Kurtyna już nie jest utkana z różowych, prześwietlonych porannym słońcem mgieł. Uszyta z burej chmury przypomina  brudny wojskowy koc. Babka utonęła w rozpaczy. W niedzielę jeździła w Bieszczady, by po raz ostatni pożegnać   najstarszego syna. Franek, jak co dzień, wyjechał z rana do roboty. Nie dojechał do celu na swoim starym rowerze. Dzwonili, szukali, znaleźli na poboczu. Utrudzone serce postanowiło odpocząć. Już nie na chwilkę, ale na zawsze. Zakupy wczoraj zrobiłem, wywieźliśmy nocą na Kordowiec, a dziś Gosia z Moniką zaniosły prowiant do babcinej chatynki. Choć tyle, bo słów jakoś na pocieszenie nie starcza. Płacze niebo, babcia płacze i mnie smutek wczesnojesienny dopadł.
Na stronę ktoś jeszcze zagląda, bo licznik pracowicie odnotowuje kliknięcia, lecz ubyło miłośników kordowcowej strony. Może przez moje niepisanie? Opowiadania Jędrusia z Kordowca drukuje "Nasz Beskid", magazyn "Podróże" zamieści zdjęcia z galerii. Może otrzymam wreszcie "Moje pierwsze honorarium", jak Babel? 
Przywieźcie na Kordowiec odrobinę słóńca. Dla mnie, dla Babci, dla gór.

14 lipca. Safari.

Umyśleli my se z Bacom Katowickim nad morze jechać, bo my downo na safari w ojczyźnie nie byli. Baca jak czasem na Kordowiec se jedzie, to bez łokienko poziro, ale jo ino do Szonca jeżdże, no to my właściwie ty Polski po przemianach nie widzieli, ani tego wzrostu gospodarczego, co o nim godajo w telewizorze. Nocleg my u Bacy spod Osieka zarezerwowali telefonujący wcześni, ale żeby elegancko było, tom na Mniszek po destylaty jechać musioł. Właśnie żem auto odpoloł, jak z Katowic zadzwonili z pytaniami. No to godom Bacy, żeby tyż jakiesi destylaty wzion, a jak nimoże, to choćby i worek wangla dzie tam uzbiroł, to weźniemy, żeby z pustymi rękami nie przyjiżdżać do kogo. Destylaty sie i tak skończo w jeden wiecór, a wangiel do zimy bedzie se leżoł pod chołpom i nos przypominoł, bo pamiontka trwało być musi jak ta skała, choćby i corno. Jeszcze mu godom, żeby my może wracający Andrzeja, imiennika mojego, odwiedzili, bom w telewizorze widzioł, że markotny cosik, jakby mu ta nie przymierzając, kto po ryju doł. Ale Baca godo, że nima tam po co jeździć, benzyny polić, bo Stasek już pono bez jimunitetu i prokurator na niem siod, to i świńskich imprez już na farmie nie bedzie, jak to downo były. Na to jo mu, żeby na ten przypadek może babe swojo wzion, skoro Stasek pod kluczem, ale ten zaś godo, że baba jego na Węgry jedzie na Kubicyka se pozirać. Tom sie zlonk na to i babem se do słuchawki kozoł dać. Mówie ji, żeby nie jechała, bo benzyne spoli, wydo na bilet, a Kubicyk i tak ino jeden stołecek mo w aucie, to nijak sie z niem nie przewiezie. Ale baba uparto powiado mi na to, że w bagażniku bolida bedzie jechać i kamerować od tyłu.  Łoloboga! Godom jo ji, że Kubicyki wszystkie to beryse i łostro jeżdżom. U nos był taki, co golfem w paryjo po pijoku przyrżnoł, a ten Roberto z rodziny sie nie wyrodził i tyż sie co chwila wywroco. A łon ta sie zaś wykopyrtnonć może, bo ta skrzynka, co w ni siedzi, to z żelaza jest, ale cało reszta tego golfa to z papiru zrobiono ino na ozdobe. Loto ten papir daleko i w kawołkach. Zaś mi na to baba, że łona se kask z napisem założy, to nawet jakby w przykope dziesik wjechoł, ji sie nic nie stanie, bo jo ten kask cudem uratuje. Na takie to jo znów, że kaska nimo, bo go Baca na Kordowiec kiedysi przywlók i jeździ se w niem na wuesce w Niemcowo, na safari górskie. I wtedym usłyszoł bez suchawke, że sie ona chłopa chyciła, że ji ten kask z chołpy wyniós. Myślała, że dzie na wódke sprzedoł, to by na jarmaku w Mysłowicach odkupił, ale jak doł na Kordowiec, to przepadło, bo stamtond nic nie wroco, oprócz ji chłopa. Gupio mi sie na to zrobiło, żem sie na kolege wygodoł, tom wyłonczył to godanie i po te destylaty pojechoł. Jutro se bedziemy pasiency nad to nasze morze jechać, a jak bab nie bedzie, to do Staska podzwonimy. Może go puszczo na niedziele do chołpy?
PS. Jeszczem objechoł na parking do Kosarzysk i od chodoków, co busami jeżdżo, przegrołem taśmy. Bedziemy se w drodze słuchać: Kiedy mi dawała, to ji bulgotała. Hej!

7 czerwca. Spowodowanie sądeckie (na podstawie materiałów zebranych w wywiadach z ludnością tutejszą).

Mamuna to zjawa przypominająca postacią kobietę wysokiego wzrostu, tęgiej, muskularnej  budowy ciała. Włosy ma długie, rozczochrane. Była symbolem zła. Jej ofiarą padały kobiety, które po przebytym porodzie nie poszły się oczyścić do kościoła. Mamuny porywały ofiary po zachodzie słońca. Łapały je za ręce i wlokły po ziemi, po łąkach i zaroślach, wołając przy tym „kumka, kumka, chyć się dzwunka” (dziurawca). Gdy nieszczęsna kobieta zdołała chwycić dziurawiec, zjawy pozostawiały ją w spokoju i mogła wrócić do domu, ale gdy nie miała tego szczęścia, mamuny wlokły ją tak długo, aż zmarła z ran i wycieńczenia. Zdarzało się też, że mamuny pukały do drzwi i podając się za zmarłe osoby polowały na jakąś przypadkową ofiarę.

Uroki czyli spowodowanie:
-          Osoba, na którą rzucono urok powinna poślinić kostki dłoni zaciśniętej w pięść i nimi smarować od prawej do lewej strony miejsce, które boli.
-          Urok jest rzucony, gdy ktoś dziwnie (krzywo) na kogoś spojrzy.
-          Gdy w dzień wigilii przyszła do domu bosa kobieta, było to wróżbą nieurodzaju. Jeśli przyszedł mężczyzna, urodzaj był gwarantowany.
-          W dzień wigilii mężczyźni szli w pole i potrząsali drzewami, by obficie rodziły.
-          Aby odczynić rzucony na kogoś urok, potrzebne był trzy węgle drzewne i woda. Gdy wrzucane do wody węgle powodowały jej wrzenie, oznaczało to, że ta osoba miała urok i powinna była dla jego odegnania wypić tę wodę.
-          Gdy czarny kot przebiegł drogę, należało trzy razy splunąć przez lewe ramię lub trzy razy obrócić się w lewą stronę.
-          Pewien mężczyzna jechał po siano w pole. W drodze spotkał kobietę, która powiedziała, że ma ładnego konia. Nagle koń się spocił, położył się na drodze i nie mógł wstać. Furman odczynił urok plując na swe ręce i kostkami pocierając czoło konia.
Odpowodowanie:
Potrzebne będą zapałki i szklanka napełniona wodą. Osoba spowodowana zapala po kolei trzy zapałki jedną od drugiej i strąca płonące łebki do szklanki. Spowodowanie jest wtedy, jeśli łebki zatoną. Należy wtedy zanurzać palec wskazujący w szklance i kolejno posmarować skórę pod oczami, narysować znak krzyża na czole, oraz ramionach, najpierw lewym, potem prawym. Następnie należy wylać za siebie wodę ze szklanki i nie oglądając się opuścić miejsce odczyniania uroku.

31 maja

Dziś znalazłem na Kordowcu pierwszego w tym sezonie prawdziwka. Jutro urządzam grzybobranie i gotuję pierwszą w tym roku zupę grzybową.

29 maja

W sobotę, gdym o szóstej rano z braku lepszego zajęcia drewno pod ścianą składał, Tereska co z pieskami na Niemcową leciała, powiedziała mi, że babka pono choro, rusać sie nimoze i dzwonić po mnie miała. Prędka Tereska szczegółów chorości nie znała, bo z babką pogniwano, to i nie godajo. Jeszcze mi opowiedziała o pięciu kleszczach, co je se wyciągła i dwóch żmijach, co je kamieniami do korcza zagoniła. Obiecałem, że do babki zajrzę i do doktora zwiozę, jakby co. Wybierałem się na Poczekaj całe dopołudnia, bo takim już chłop jest, że jak się roboty chycę, to nijak przestać nie mogę. Babka sama przyszła. Cosik się jej w nogę czy w biedro gdziesik tu stało i chodzenie boli, wstawanie boli, leżenie nie. Obiecałem więc chorej, że ją do Rytra zwiozę. Niedziela była telefoniczna, ale w końcu udało się babkę zarejestrować do jej ulubionej lekarki, choć trudniej się do niej dostać niż do ministra zdrowia i opieki społecznej. W poniedziałek przed siódmą byłem już na Poczekaju. Babcia krowie trawy nakosiła, śniadanie zjadła, pieskom wody nalała i wgramoliła się do samochodu. Wysadziłem ją przed ośrodkiem zdrowia i popędziłem do roboty. Po pracy przełknąłem byle co i pojechałem po babkę, która u Tokarczyka zwanego Biedronką (przezwisko starsze od sieci handlowej) czekała. Stamtąd pojechaliśmy jeszcze do spółdzielni, bo babka chciała proszek co som pierze, dwa chleby i sok malinowy. Teczka babki w sklepie została i gonił za naszym autem chłopina, co towar przywiózł, ale wyprzedziła go sama sklepowa i babina swoje skarby szczęśliwie odzyskała. Na górę jechaliśmy pomału, bo upał był okrutny, a niva grzeje się jakby w formule pierwszej, a nie ostatniej jeździła. Przystanków kilka w lesie robiłem z tej przyczyny, ale tak to bywa zawsze, jak się po górach babki wozi. Wreszcie my do chałupki doklekotali. Babka klucz w bucie znalazła, drzwi odemkła i do córki zadzwoniła, że już zdrowo. Dostała zaszczyk, maści i tabletki na ciśnienie. Ja pojechałem prędko do siebie, żeby te wycieczki choć rąbaniem drewna odrobić. Jadąc pomyślałem, że może   i ja dożyję osiemdziesięciu czterech lat, a wtedy będę wszystkim na złość tak chorował jak babka Nowakowa, czego i wam, drodzy czytelnicy życzę.

14 maja

Drodzy prenumeratorzy i Ty anonimowa Podglądaczko z daleka,
na Kordowcu bywam rzadko, a jak już bywam, to nadrabiam zaległości w koszeniu, sprzątaniu, rąbaniu drewna. O tych prozaicznych pracach nie będę pisał, bo kogo interesują wyznania pokojowego, ogrodnika i drwala. Z niwy pedagogicznej może coś napiszę. No nie, nie napiszę, tylko przepiszę pracę ucznia klasy trzeciej gimnazjum. Miłej lektury!

1. "Czego chcesz od nas, Panie, za twe hojne dary..." - za co poeci dziękują Bogu i z jakimi uczuciami zwracają się do niego. Rozprawka
     W tekście Jana Kochanowskiego pt. Czego chcesz od nas, Panie... autor dziękuje za wszystkie dary które otrzymał od Pana Boga. Autor daży go wielkim uczuciem ponieważ jest mu niezmiernie wdzięczny za to co Bóg dla niego zrobił.
W pieśni "Bogurodzica" Bóg jest proszony o to żeby na świecie nie było żadnych wojen, a po śmierci żeby ludzie mieli wszystkiego pod dostatkiem. Tekst Jana Kochanowskiego "Bóg" ukazuje Boga jako kogoś wszechmogącego, wszystko mającego ale nie potrafiącego stwożyć samego siebie. Na obrazie "Ostatnia wieczeża" namalowanego przez Leonarda di Capria Bóg jest namalowany po środku co oznacza że jest dowudcą wszystkich ludzi znajdujących się do okoła niego. Poeta poświęcił ten obraz Bogu.
      Myślę, że w powyższej rozprawce ukazałem za co poeci dziękują Panu Bogu. A ja Bogu dziękuje za to że jestem na tym świecie i że jakoś to życie mi mija.

Myślę, że z zainteresowaniem przeczytaliście powyższą rozprawkę, z której jasno wynika, za co młodzi ludzie dziękują Bogu.

15 kwietnia

Zaniedbałem Was okrutnie moi drodzy prenumeratorzy Dzienników Kordowcowych. Wiosna już w pełni, a pisanie utkwiło w zimie, której, o ironio, nie było. Pisać nie ma o czym, bo żywot mi się zredukował do trasy dom - praca - dom, a po drodze nic się nie dzieje godnego uwagi pisarza gminnego. Ot, czasem wiewiórka zerknie zza drzewa, ptaszek ćwierknie uroczo, ale to przecież nie powód, by dzienniki tworzyć. Wena twórcza odeszła ode mnie do młodszych. Tam pisania o byle czym więcej, kręgosłupy proste, palce sprawniejsze i do piór a nie siekiery uczone.
Auto kupiłem, ruiniastą nieco ładę niva. Prosto z "salonu" odjechała do mechanika, który stara się poskręcać ruskie śrubki do kupy. Na trasę Rytro - Kordowiec wystarczy, dalej pójdziemy pieszo. Na Kordowcu pustawo. Jak mnie się pisać nie chce, tak Wam przyjeżdżać. W tym roku tylko jakieś dwie grupy mocno zorganizowane zawitały na chwilę do chaty. No i baca katowicki był dyngusa oblewać. Laliśmy na trasie Rytro - Kordowiec - Niemcowa - Rogacze.
To pierwszy zapisek wiosenny, ale jak zimy nie było, tak wiosny nie będzie. Nieśmiała jakaś ta panna Wiosenka. Chciałaby, a się boi. Stąd to mizerne rozchylanie płatków, zapylanie leniwe i susza jesienna. Pod Rogaczem leży jeszcze metrowa warstwa śniegu, a Tatry bielutkie jak wdowa w styczniu.
W Rytrze, jak to zawsze w kwietniu, chłopów kilku umarło na dobre. Do wieczności odeszli tatuś Stasia, Tadzi i Wojtusia oraz jakiś pijaczyna spod spółdzielni. Baby mają się dobrze, bo większość chłopów za granicą robi, więc mogą poświęcić czas obowiązkom gospodyń domowych, czyli konsumpcji kawy, delicji oraz leniuchowaniu. Czasem na odwagę muszą jeszcze kropnąć coś mocniejszego, gdy wzywane są do szkoły w sprawie niedobrych i tak samo leniwych dzieci. W łykendy opowiadają o tych problemach szkolnych mężom, którzy nowo - starą beemką zjechali na trochę z zagranicznych budów. Stroskani mężowie są tak urobieni, że nie mają siły ręki podnieść na dziecko niedobre, toteż dla rozładowania niemocy też coś walną w szyję, żeby te kłopoty ze łba uleciały i żeby lżej było wracać do nędznego świata przyczep i pakamer zagranicznych.
I tak się toczy to nijakie i wiosenne górskie życie. Pomału, jak zaprzęg pod górę. A ja obok furmanki, uczepiony kłonicy se idę. Tyż pomału.

20 stycznia

Grajku,
właśniem z Kordowca wrócił, gdziem wcora wiecór wyloz jodki podpirać, zeby na chołpe sie nie zwolały. Wioło nie barz, ale jak sie sciemniuło, to loć zaceło, a potem śnigiem prać. No tom lotoł co troche za chołpe i ciekłym azotem z worka żem wom poliwoł ten tor, coście go na sylwestra zrobiuły. Pionty roz żem lecioł w ty śnigu z pełnym workiem, a tu jak nie pieprzło! To żem sie przelonk, bom jesce w blachak cały i pierony ściongom. Nie trafiuło mnie, bom se przed póściem na ołtarzyk bacowski zyrknoł i to mnie wyratowało. Bołem sie jus na pole wylotywać wiency, tom sie schowoł do wyrka, z uszami nakrył i spaćem posed. Społem nie barz, bo ścianom rusało i jencało cosi na strychu. Ranom ino bułke zjod i polecioł zdjancie robić. Długom na Koncinie nie wystoł, bo te chmury, co je z Atlantyku przywioło jakosi rybami zalatywały. Do babki żem posed. Wchodze ci jo do izby, a tu na stole bioły obrus, krzyzyk, kropidełko, świcka, kredy świancony kawołek, pindziesiont złotyk i jakiesi drobiozgi. Babka za stołem siedzi i bez łokulory te drobiozgi przepatruje, bo ksiandz o jedynosty na furze przyjedzie. Mortwi sie babina, że go nie dadzo rady wywiź, bo Jarzembok mo kobyło, co w parze z drugo iś nie bedzie, no to samo musi, a ksiandz, jak to ksiandz, mały, ale gruby jes barz. I jesce jakby mało było tego zmortwienia, to miała nieprzypadek, bo ji proteza z gamby wyleciała jak śklonki myła. Wyleciała, pankła na dwa kawołki i teroz w jenzyk gryzie. A najgorse, że to ji wina. Odwinęłem troche obrusa, żeby sie nie zachlapoł i kawo my wypili, a potem żem w las przed tom kolendom ucik, bo mi nijak było ksiandza do chołpy wołać. Ani żem piniendzy nimioł, anim ołtorzyka nie poskładoł. Takem od babki uciekoł, żem po śladak Tereski łod Wielochów pocik jaż na Niemcowo, gdzie śniga wiency było, ale zimni tyż i głma. No tom wrocoł zaros lassami, żeby babke i ksiandza łobyjś. Z lasu wyszedem aż na Koncino, na ślady popatrywoł i cichcem do chołpy po plecok wpod. Spyrkim z chlebem troche zjod, wodom popiuł i chołpe pozamykoł. Jescem za chołpom azotu prandko doloł, do Stefana od Hulów zasemesowoł, że tor przygotowany i na ślak wyloz. Ledwom za ślakiem kawołek used, a tu jedna jodka wielgo lezy, a za niem drugo. Musiało wioć pierońsko, jakem społ. Trza do leśnicego puś i jodły do chołpy pościongać. Bedzie tani, bo złomy, a ładne, bo grube i nawet jesce wirchy na łostrewki nie ukradzione.
No to tyle. Chołpa stoi spodpirano jak stoła, to i przyjizdzać możno.

21 grudnia

Zima zameldowała się wczoraj wieczorem. W pomarańczowym świetle ulicznych lamp widać było jak nadlatują z przepaści zmroku ciężkie, niemrawe płatki śniegu. Tak rozpoczęła się druga w tym sezonie bitwa zimy z jesienią. Pierwsze ostre harce zima przegrała sromotnie, bo październikowa jesień okazała się nieustępliwym przeciwnikiem  o gorącym sercu. Wczorajsza nocna potyczka, rozpoczęta przez leniwą zimę jakby z kalendarzowego obowiązku, była już prawie zwycięska, bo zimie udało się  szybko pobielić nie tylko okoliczne góry, ale nawet zielony trawnik przed moim domem i dachy samochodów. Nad ranem zmęczona, ale doświadczona jesień odpowiedziała na ten zmasowany atak śnieżnych płatków ciepłym rzęsistym deszczem, a potem przykryła gęstą mokrą mgłą zdobyte przez zimę przyczółki. Bitwa znów przegrana, ale wojnę zapewne zima wygra, bo przed nią jeszcze przynajmniej cztery miesiące kampanii. O drugiej, gdy z łóżka wygonił mnie nocny ból kręgosłupa, w pokoju syna paliło się światło. O piątej zadzwonił mój budzik i od razu usłyszałem tupot bosych stóp na schodach. Jeszcze nie zdążyłem stłamsić natrętnego sygnału, który zapewne skomponowano po to, by szybciej doprowadzać śpiochów do porannych zawałów, gdy uśmiech chłopca zawisł nad moim rozbebeszonym od cierpienia łóżkiem. Przypuszczam, że czekał na tę chwilę przez całą zimową, niespokojną noc, gdyż chciał być użyteczny przy moim, naszym wspólnym wstawaniu, witaniu dnia, które  jest chyba jednym z największych darów jakie mogli otrzymać ojciec i syn. Poprosiłem go, by podał mi ubranie, które w przewidywaniu nietypowej pobudki drzemało od wczoraj na krześle, a potem zjedliśmy razem śniadanie. Chłopiec jadł chrupki, a ja chleb posmarowany  wzruszająco słodką miłością dziecka. Na stacji byłem przed szóstą. Schroniłem się przed deszczem do mizernego budynku, w którym nie było nikogo i nic, oprócz kilku koślawych ławek, których nie udało się zniszczyć ze względu na ludową solidność wykonania, a może obojętność doświadczania tragedii zyskaną od dramatycznych rozstań zakochanych podróżnych. Zająłem się uważną lekturą ściennych napisów, które rozproszone w pobliżu zamkniętego o tej porze okienka kasy, zagęszczały się w kącie w pobliżu drzwi wejściowych. HWDP - Husteczki W Dużym Pudełku. Zadzwoń kotku zrobię ci loda. Miła laska czeka na ciebie pod numerem komurki 501... Nagle otworzyły się aluminiowe drzwi i w bladym świetle zaspanej lampy ujrzałem młodzieńca w granatowej kurtce i adidasach. Czy pociąg do Tarnowa stąd odjeżdża, z którego peronu, no bo jest jeden chyba, w którą stronę jedzie, czy jest tu jakiś otwarty sklep, czy jestem miejscowy, czy nie mógłbym poczęstować papierosem. Oddałem serię odpowiedzi i nie poczęstowałem. Myślę teraz, że od obicia mojej, gładko dziś wygolonej gęby, wyratowałem się tym miejscowym, bo jak wiadomo, w górach  to raczej tubylcy  biją przyjezdnych, a na bicie na odwrót zdarza się rzadko albo prawie nigdy. Zresztą nie jest to żaden zwyczaj górski, ale ogólnopolski, a może nawet szerszy, kontynentalny, wynikający z naszej wspólnej chrześcijańskiej tradycji europejskiej i kultury śródziemnomorskiej. Nie jest więc to obijanie gęby przyjezdnym jakimś produktem regionalnym i nie podlega opatentowaniu jak oscypek czy śliwowica łącka. W brudnożółtym podmiejskim pociągu dwuwagonowym zająłem stojące miejsce na korytarzu, ale kiedy pociąg ruszył skokiem, okazało się, że drzwi pozostały jakby nadal na stacji, bo nie chciały się zamknąć ani automatycznie, ani ręcznie. Wszedłem więc do wagonu i ustawiłem się przy czarnym metalowym stojaku do nart, który miał mi służyć przez najbliższe dwadzieścia minut jako podpora i jedyny przyjazny towarzysz podróży kolejowej do Sącza. Gapiąc się w niezrozumiały napis, który ktoś pracowicie wydrapał nożem na szybie okiennej, łowiłem chciwie strzępy porannych rozmów pasażerów, nędznych resztek tłumnej niegdyś klasy robotniczej dojeżdżającej; podróżnych drugiej, jedynej i ostatniej klasy w tym pociągu. Spać nie mogłam, tom se legła i ledwom zdążyła. Chłop mnie autem podwióz. Czegoście mi wczoraj nie powiedziały, że mom brudno kurtke? Nie widziałyście? Przyszłam do domu a na rękawie plamy jakieś biołe. Jakby mąka albo co. Możeś sie gdzie w pociągu dotkła? Nie, to jakby ściana jako bioło. Nie wiem, ręcznikiem moczyłam i puściło, ale wstyd taki jakem szła. Blisko Sącza zjawiła  się konduktorka. Żaden z pasażerów nie odwrócił nawet głowy, tylko ja jeden, jak pijak uczepiony stojaka do nart poprosiłem z Rytra do Sącza. Konduktorka natychmiast uniosła łokieć, który jednak nie zasłonił całkiem jej bujnej piersi. Kiedy szukałem drobnych, zerkałem ukradkiem, jaki inny skarb chciała tym uniesionym łokciem ukryć przede mną, bo przecież  piersiście odstający mundur był raczej powodem jej kolejarskiej dumy. Pod łokciem był identyfikator. Niepotrzebnie go ukrywała, bo jeszcze pociąg nie dojechał do stacji, więc znalazła dość czasu, by wypisać bilet, a ja znalazłem drobne, które definitywnie wykluczyły "nimom wydać". Sącz. Wysiadamy pośpiesznie z osobowego. Dwóch w czapkach narciarskich. Każdy dźwiga przed sobą telewizor, wsparty ekranem na brzuchu. Telewizory przykryte dodatkowo strzępami folii, które mają chronić przed deszczem. Obaj zadowoleni, sądeccy tacy, po sądeckiemu ważni, bo dźwigają, bo ktoś otwiera im drzwi, bo mogliby kupić coś bez kolejki usprawiedliwiając się, że oni z telewizorami, a telewizory ciężkie i do naprawy.
W ostatnich zdaniach przyśpieszyłem narrację, bo czas kończyć przydługi opis mojej pierwszej od piętnastu lat podróży koleją do Sącza. Opowiedziałbym jeszcze o mojej wizycie w ZUSIE i lekarzu, na którego przykładzie objaśniłbym ideę trójcy świętej - najpierw był on w szpitalu, potem w klinice, gdzie kontrolował przebieg leczenia mojego "ostatniego" dziewiątego kręgu, a na końcu przyjął mnie jako lekarz komisarz, który w ZUSIE weryfikuje zasadność zwolnień lekarskich. Potem byłaby jeszcze opowieść o zwrocie kosztów podróży koleją czyli o tym jak 4.50 dodać 4.50 daje razem 7.50. Byłaby, ale nie czas na takie opowieści, bo jedyna historyjka, którą wartałoby teraz przeczytać, to  "Opowieść wigilijna", a takiej dla was nie mam, bo już ją napisał ktoś inny.
Bądźcie świątecznie radośni i zdrowi. Nie zapomnijcie zadzwonić do babci Nowakowej, która zgodnie z chrześcijańską tradycją  zje wigilię u sąsiadki, a święta spędzi sama jak palec boży, do góry podniesiony.
PS Gdyby przypadkiem wpadł wam do głowy pomysł, żeby w prezencie świątecznym wybrać dla narodu nowego króla, zapytajcie wpierw właścicieli kandydata, a wtedy unikniecie kompromitacji!

17 sierpnia. Opowieść Babki Nowakowej.

Wisz, że u mnie jelenie byli? Nie ty nocy, tylko tamty. Pies szczekoł i mnie obudził, czworto była, jasno prawie. Patrze przez łokno a tu dwa stojo i źmioki mi kopio. Tom łokno otwarła, ale oni dali stojo i patrzo. Oświetliłam sie latarkom, a oni nic. Dopiro jak żem przed dom wyszła i wołała, to poszli nadu. Niży staneli i patrzo na mnie, wołom na nich a oni nic, stojo i patrzo, ino głowy pozadzirali. Mówio, że źmioki trza wczas teroz kopać, to u mnie jelenie kopio. Jeszcze mi taśme co pole zagrodzone było urwali. I nic sie nie boli, ino sie na mnie tak patrzyli i patrzyli. Dwa te jelenie byli, a może i wiency? Dzisio pewnie znowu przydo kopać.
A oprócz jeleni: Kamienia nazwoziłem, bo trzeba dla kiełbasiarzy jakiś grill ogniskowy wybudować. Zacząłem też czyścić źródełko na polanie pod jesionem. Okazało się, że to nie źródełko, ale ponad dwumetrowa, drewnem cembrowana studnia. Trzeba będzie ją oczyścić, wysypać dno kamieniami i żwirem, "wpuścić" kilka kręgów betonowych i całość ładnie zasklepić kamiennym daszkiem. Będziemy mieli "źródełko miłości" i jeśli ktoś zapragnie szczęśliwie się zakochać, napije się cudownej wody i wrzuci pieniążek. Na dnie zamontuję podnoszony kosz z gęstej siatki stalowej.

13 sierpnia. Varia.

Na Kordowcu pogoda zmienna, deszcze przeplatane słońcem, wiatry przetykane ciszą. Mimo tych opadów ziemia nadal jest sucha i grzyby nie rosną. Wczoraj wykopałem rów pod murek ogniskowo - źródlany i położyłem "kamień węgielny". Teraz trzeba będzie wozić kamienie, piasek, cement i murować. Miejsca na ognisko nie otoczę wielkim grillowym murem, gdyż takie budowle kojarzą mi się z krematorium ogrodowym i sądzę też, że nie wolno więzić ognia w kamiennej rurze. Ogień powinien być pod kontrolą, ale wolny. Wodę natomiast zamknąć muszę w betonowych kręgach. Nie ma innego sposobu, aby źródło było czyste, bez mułu, patyków i gnijących liści. Wysypałem też dno studni tłuczonym zlepieńcem, aby filtrował wodę. W poniedziałek wieczorem będzie na Kordowcu śliczne śpiewanie, bo zjawią się chórzyści z Nowego Sącza. Niech sobie góry posłuchają, Echo niech się nie nudzi.

29 lipca. Gorące tematy.

Wczoraj zmieniła się pogoda. Niby nadal słońce świeci bezlitośnie, niby kropla deszczu nie spadła, ale znikła mgiełka, poprawiła się widoczność, niebo straciło swój szary papierowy kolor i na powrót wybłękitniało. To zapowiedź zmian, jutro być może spadnie deszcz. W cieniu 24 stopnie, przyjemny chłodek od lasu. Pracuję w chacie malując gratynę, bo choć środek sezonu, gości nie ma. Prawdziwi turyści wyjechali na Krupówki i sopockie molo. Właśnie znad morza dostałem sms od "Córek", które tęsknią za Kordowcem. Moja odpowiedź: "To prawda, że nad morzem panowie spacerują w obcisłych kąpielówkach, ale prawdziwe okazy przyrody spotyka się jedynie w górach." Zdjęcie tygodnia przedstawia kopciuszka, który właśnie wyfrunął z gniazdka i ćwiczy pierwsze loty. Pod dachem chaty są trzy gniazda. W każdym wykluły się 3 - 4 pisklęta. Były już dwa lęgi, więc urodziło nam się około 20 ptaszków, ale może jeszcze jakaś ptasia rodzinka zdecyduje się na trzeci lęg.

24 lipca

Gorąc okrutny na Kordowcu. Schnie wszystko wokoło. Zwierzęta zniknęły, zeszły w doliny do potoków, ptaki ucichły. Przeciąłem krzaki od strony lasu, bo pchały się do chaty jodełki, ostrężyny, jarzębiny. Pracować niełatwo, na progu w cieniu trzeba przysiadać często i żłopać wodę. Na szlaku pusto, nikt nie wybiera się w góry, kiedy termometr pokazuje 32 stopnie w cieniu. Babka Nowakowa snuje się między Poczekajem i Kordowcem. Mówi, że zdziadziała, ale w taką pogodę wszyscy dziadziejemy. Grzybów nie ma, borówki mizerne. Wieczory są jednak chłodne. Przyjemnie posiedzieć nocą na ławce pod chatą i posłuchać oszałamiającego koncertu świerszczy.

22 lipca

Upały i susza. W sklepie budowlanym "U Rózie" w Rytrze.

RÓZIA
Ale goronc, duchota tako, że nie idzie wytrzymać i kurzy sie na placu.

JA
Zagrzmiało, może poleje...

CHŁOP Z PLACU
Któro godzina?

RÓZIA
Drugo.

CHŁOP Z PLACU
To nie grzmot ino we Wierchomli na kamieniołomie bijo na fajerant.

RÓZIA (Ze smutkiem)
To z tego nie bedzie loło.

CHŁOP
Chyba nie...

17 lipca

Wisz, że u mnie jelenie byli? Nie ty nocy, tylko tamty. Pies szczekoł i mnie obudził, czworto była, jasno prawie. Patrze przez łokno a tu dwa stojo i źmioki mi kopio. Tom łokno otwarła, ale oni dali stojo i patrzo. Oświetliłam sie latarkom, a oni nic. Dopiro jak żem przed dom wyszła i wołała, to poszli nadu. Niży staneli i patrzo na mnie, wołom na nich a oni nic, stojo i patrzo, ino głowy pozadzirali. Mówio, że źmioki trza wczas teroz kopać, to u mnie jelenie kopio. Jeszcze mi taśme co pole zagrodzone było urwali. I nic sie nie boli, ino sie na mnie tak patrzyli i patrzyli. Dwa te jelenie byli, a może i wiency? Dzisio pewnie znowu przydo kopać.
A oprócz jeleni: Kamienia nazwoziłem, bo trzeba dla kiełbasiarzy jakiś grill ogniskowy wybudować. Zacząłem też czyścić źródełko na polanie pod jesionem. Okazało się, że to nie źródełko, ale ponad dwumetrowa, drewnem cembrowana studnia. Trzeba będzie ją oczyścić, wysypać dno kamieniami i żwirem, "wpuścić" kilka kręgów betonowych i całość ładnie zasklepić kamiennym daszkiem. Będziemy mieli "źródełko miłości" i jeśli ktoś zapragnie szczęśliwie się zakochać, napije się cudownej wody i wrzuci pieniążek. Na dnie zamontuję podnoszony kosz z gęstej siatki stalowej.

10 lipca

W pewien czwartek wieczorem, a może już nocą, znalazła się w chacie gitara i trochę głosów przybyło z gór. Zaśpiewaliśmy. Zaproponowałem wtedy, że mógłby wreszcie ktoś z obecnych lub nieobecnych napisać dla Kordowca piosenkę, której sam nie ułożę, bo poeta ze mnie marny, a muzyk jeszcze marniejszy. I wtedy Kaśka, a może Karolina powiedziała, że nie ma sensu układać piosenki dla Chaty Kordowiec, skoro już dawno temu napisał ją dla tego miejsca Wojtek Bellon. Więc zaśpiewaliśmy w pachnącym bukowym lesie na góry koncert, a nagrzane słońcem ściany chaty nasiąkały naszym śpiewaniem i nasz śmiech je rozjaśnił. Dziękuję Ci Wojtku, żeś dla nas tę piosenkę ułożył, zanim wyruszyłeś na Niebieskie Połoniny. Pamiętam, że śpiewaliśmy ją razem pod akademikiem, przy ognisku rozpalonym z połamanych krzeseł.
Jędruś z Kordowca - Zbieracz Głosów

SIELANKA O DOMU
słowa Wojciech Bellon
muzyka Wacław Juszczyszyn, Wolna Grupa Bukowina


A jeśli dom będę miał
To będzie bukowy koniecznie,
Pachnący i słoneczny.
Wieczorem usiądę - wiatr gra
A zegar na ścianie gwarzy.
Dobrze się idzie Panie Zegarze
Tik tak, tik tak, tik tak.
Świeca skwierczy i mruga przewrotnie,
Więc oko puszczam do niej,
Dobry humor dziś pani ma.
Dobry humor dziś pani ma.

Szukam, szukania mi trzeba,
Domu gitarą i piórem.
A góry nade mną jak niebo,
A niebo nade mną jak góry.

Gdy głosy usłyszę u drzwi,
Czyjekolwiek - wejdźcie - poproszę.
Jestem zbieraczem głosów.
A mój dom bardzo lubi gdy
Śmiech ściany mu rozjaśnia,
I gędźby lubi pieśni,
Wpadnijcie na parę chwil.
Kiedy los was zawiedzie w te strony,
Bo mój dom otworem stoi
Dla takich jak wy.
Dla takich jak wy.

Zaproszę dzień i noc,
Zaproszę cztery wiatry,
Dla wszystkich drzwi otwarte.
Ktoś poda pierwszy ton,
Zagramy na góry koncert,
Buków porą pachnącą
Nasiąkną ściany grą.
A zmęczonym wędrownikom
Odpocząć pozwolą muzyką.
Bo taki będzie mój dom.
Bo taki będzie mój dom. 

7 lipca

Melduję, że przyjąłem w chacie ekipę, która pod patronatem portalu e-gory przemierza cały 520 kilometrowy szlak czerwony. Dzielnych wędrowców napoiłem, nakarmiłem, fenistilem poratowałem i grosza nie wziąłem. A wszystko to uczyniłem z sercem, gdyż lubię wariotów i nic na to nie poradzę, bo sam żem nie lepszy.

5 lipca

Wielki suchy świerk, co my go z Bacą ucięli już prawie porąbany. Huśtawka przetestowana, sprawuje się nieźle. Turystów na szlaku i w chacie nie ma. Sianokosy w fazie szczytowej. Do Babci przyjechali syn, córka, zięć. Pojawił się też traktorzysta, który kosi po kolei co tylko zielone. Borówki dojrzewają, pierwsi borówcorze już grasują po krzokach. Upały całkiem znośne, bo wieje chłodny wiaterek i w cieniu trzeba występować we flanelce. I to tyle, na szybko i na roboczo. Jadę z powrotem na Kordowiec, bo robotnikom u babci chce się pić i kurzyć!

28 czerwca

Już pytacie dlaczego nie pomogę, tzn. nie skoszę polany babci Nowakowej. Nie skoszę, ponieważ to zwolniłoby pięcioro babcinych dzieci od jakichkolwiek obowiązków. Najpierw byłby głuchy telefon do babci, potem babcia by oddzwoniła i rozmowa wyglądałaby mniej więcej tak:
- Mamo, skoszone u wos?
- Skoszone, Andrzej z Kordowca skosiuł.
- A to dobrze, ale z niego dobry człowiek.
- Przyjedziecie pomóż składać?
- Przyjechalibymy, ale my chorzy. Andrzej ci pomoże, bo on taki dobry. Pozdrówcie go od nos.
- Pozdrowie, a wy zdrowiejcie, może sie połóżcie. Zadzwonie do wos jutro.
- Zadzwońcie i nie róbcie za dużo na polu, bo goronc wielki.

27 czerwca

Na Kordowcu wielka kośba. Wszyscy koszą, grabią, roztrzepują, kopy siana składają. Wszyscy oprócz babci Nowakowej, która ze łzami w oczach chodzi od jednego do drugiego gospodarstwa i pomaga wszystkim z nadzieją, że jej ktoś pomoże. Dzieci nie pamiętają jak się kosi, wnuki nie umieją, reszta przychodzi tylko do zdjęcia. Nawet koło domu nie skoszone. Krowa na razie się pasie, ale zimą śniegu nie będzie jadła, przydałoby się siano, przydało, ino "kosić nimo kto, bo komu to jest". 

14 czerwca

Miało być z Iraku, a jest Kraków. "Wiecie, młodych oficerów nie ma, starzy pouciekali, jednostka sztabowa, elitarna, awans dostaniecie..." Dostaniemy! Niczego bardziej nie pragniemy jak awansów. Pochowacie nas jako łoficerów awansowanych. Im więcej gwiazdek, tym lepszy hotel dla robaków. Pozdrawiam Was serdecznie. Porucznik Jędruś z Krakowa.

10 czerwca. Z Krainy Deszczowców.

Ledwom się w piątek po błocie wygramolił, ledwom kosę wyjął z piwnicy, loć zaczęło. No tom w piecu rozpolił, kurtki na zmiane suszył i kosił. A kosić trza, bo Bruksela na chłopa polskiego spoziro bez satelite. I chociażem Kordowiec od Unich wyłączył i piniendzy nijakich nie biere, wstyd by było zapuścić pole chwastami. Wstyd przed Brukselom, satelitom i ukochanym, jaśnie nam panujoncym ministrem rolnictwa i nieużytków. Kosić do sie jedynie sposobem pirszych Piastów, bo spalinówki na dyszcz szkoda wystawiać. Wreście jak mnie ponury wieczór do chołpy z pola wyganiać zaczoł, tom poszed. Parówki żem se zagrzoł, grzanek na blasze napik, gembe w misce ochlapoł i do psiworka wloz. I kiedym już, jak zwykle z maju, komunie swojo pirszo śnić zaczoł, telefon sie odezwoł. Mecz oglondosz? Nie. Już po pirszy połówce, nasi przegrywajo. A co mnie to obchodzi, kiedy ta połówka w Berlinie na jakiemsi stole stoi? Jo se już tu na Kordowcu śpie. Już śpisz? Toś pewnie nawalony? Kosom sie nawaliłem i dyszczem, hektarem szczawiu i satelitom, co na mnie spozirała mimo zachmurzenio. To jo ci zadzwonie po drugi połówce i powiem jak było. Ty mi tu nie dzwoń po nocach! Do Janasa se zadzwoń, żeby ci zwrócił za prond coś go do telewizora zużył. I se zasnołem.
A rano Baca z Katowic zamówił błyskawiczną do Berlina Zachodniego. Połączyć się nijak nie mógł, bo tam nasz trener Jan Ass, pod którego my wszyscy wodzą, do Stolicy Piotrowej akurat dzwonił. Z tej strony Paweł. Jaki Paweł? No, Paweł i Jan, dwojga imion Paweł. O co pyta? Pyta, po czyjej stronie będzie w środę Panbóg . Na to stolica zamilkła, bo choć dwojga imion Benedykt i Josef serce swoje niedawno był w Częstochowie naszej bronionej zostawił, to "O Deutschland hoch in Ehren" mu się często, jak to patriocie, nuci. I nijako mu zajmować stanowisko jednoznacznie jednoznaczne, szczególnie, że o nieomylności nie może tu być mowy. Ale mnie tu, pod moim przewodem, nakazali przedmurze i opokę chrześcijaństwa bronić - mówi trener, którego na szczęście zdążyli konferencyjnie podpiąć do historycznie rozumującego Bacy. I my tu z ziemi polski do włoski za chlebem, solą, makaronem, z pielgrzymką. A w Berlinie nasi zapłakani biją Basię w tarabany. No to my chcemy za twoim przewodem. Kościoły w meczety zmieniać będą, a ty śpisz, kiedy larum grają? Na szablę nie siadasz, za konia nie chwytasz? Trzeba było husarię naszą, co to jednym pchnięciem Mustafę i cały jego rozliczny harem przeleciała. Trzeba było ułanów, co to potrafili bez zsiadania z konia kobiecą dłoń i psa wiernego ucałować na pożegnanie. Trzeba było kosynierów albo choć Szare Szeregi, co to kamienie na szaniec rzucali tej, co jeszcze nie zginęła, potem zginęła i znów nie zginęła. A tobie, wodzu nasz kochany piłkarzy się zachciało, bo w reklamach telefonu i piwa żeś zobaczył, że oni piłkarze z ziemi polski, biało - czerwonej, orzeł się wznosi. I do każdej połówki załączali flagę, a do litra był jeszcze orzeł biały na zagrychę i korona w konkursie audiotele. I tam nasi temi flaszkami, z orłem na czapce, bezdomni na ziemi matce, machają na orła co uciekł, bo mu korona spadła w gówno z Kostaryki.
Wtedy padło słowo zbawienne, pielgrzymom z Polski mocy i skrzydeł dodające, sił dodające do mycia zasyfionych wanien i gnijących pomidorowo staruchów. Postrafiam polakuf! I rozłączono konferencję, a my cudem ocaleni, choć nie od następnego Wielkiego Lania, umocnieni zostaliśmy w wierze we własną potęgę, w nadziei na klęski chwalebne i w miłości do przeciwników, których będziemy oszczędzać.
A ty Baco nie dobirej se tego do głowy, bo na Śląsku toś ty sukces odniósł, nie Jurek.

Aktualia:
Babka Ludwika. Witej Andrzejku. Wis co mnie sie stało? Drzewo żem brała i nie wiem, czym zemdlała na chwile, bom na ławke, te w przycynie, spadła i rękem se stukła i ziobro z tyłu tyż żem se stukła. Przekroncać sie na łóżku źle i maści nie było nijaki, to mnie tu amolem smarowały. Do Młodowa obeszłam, bo rekolekcje były i w niedziele łotpust, to pude tyż. Boli jeszcze troche, bo ziobra z tyłu bolo jak stucone, ale sie nie mortwie, bo ziemia wyciongnie. Na kawo przydź!
Babka Julia. A co to pon zgupioł? Kosić na taki dysc? A to nie usknie ino zgnije. No, jo wiem, pon kce, żeby zgniuło, bo krowy nima. A godoł wcora w Panoramie, że upał wybuchnie. Wybuchnie! I wybuchło mu? W portkaf chyba mu wybuchło! Wybuchnie...
Babka Zosia. Szczeńśboże gospodorzu. A to leje, łoloboga, dy jus chyba nie ustanie. Łoloboga. Nie bedzie lata, a u Tomasioka źmioki zabrało, ze dwie kaszty na drodze były, co tako ziemia.
Wielochowo. Szczeńśboże! A co to, już pan kosi? Nie za wcześnie? Co, zima bedzie za miesionc? E, niech pan nawet tak nie godo!
I tyle.

PS. Następną korespondencję podpiszę jako Porucznik Jędruś z Iraku, bom wezwanie dostał do WKU, gdzie się mam wstawić pod karą grzywny, w celu przydziału mobilizacyjnego. Po co oni mnie do tego Iraku ślą, skoro Zerkawi z babami i dzieckami już wysłany do Allaha i te 25 milionów, na które żem liczył, przepadło.

9 czerwca. Tanie baby.

Właśnie zbirom grotki do gazika, żeby w Kordowiec uciec, ale pomyślałem też o was, którzy grotki przenosicie jedynie z roboty do domu i z domu do roboty. I żeby wam smutno nie było, wkleiłem poniżej jedną z moich uciesznych kordowcowych sztuk teatralnych. Możecie poczytać sobie weekendowo i tak samo wekendowo swobodnie się uśmiechnąć. A ja se bede łoncke kosił.

TANIE BABY
Opowiadanie z dramatem w środku i na końcu.

Chłopy, co w lesie robią przy zrywce, czasem zachodzą do chaty, by się ogrzać i wypić kawę albo gorącą herbatę z kapką czegoś mocniejszego zza pazuchy. Chłopy siedzą, gwarzą, bo jakie by to były leśne chłopy, co by tylko siedziały, chlipały kawę i siorbały bez gwarzenia.

CHŁOP I
A nasz plebon, to godajo, ze wszyściutko z tacy przepusco w karty.

CHŁOP II
A naski jesce gorsy, podobno na baby jeździ jaz do Krakowa.

CHŁOP III (z wyraźną zazdrością)
Ten mo dobrze, pozyje taki!

CHŁOP I
On mo dobrze, ale my nie, bo na takie baby, co za piniondze dajo, to trza duzo tyk piniendzy na pewno.

CHŁOP II
Na pewno! Lepi by se kochanke, co z miłości daje, znaloz, albo i się łozyniuł.

CHŁOP III
Kierowniku, ile tako baba, co daje chłopu za piniondze, to kosztuje? Ty chyba wis, boś magister i do Krakowa jeździs pewnie.

KIEROWNIK
Nie wiem, ale mogę zobaczyć, bo ogłoszeń w gazetach pełno.

CHŁOP III
No to poczytej kierowniku i nom powidz. Chciołbym wiedzieć na ile bab by mi starcyło, jakbym przerobioł i sprzedawoł meter drzewa, tak po pindziesiont złotyk.

CHŁOP I
Ty się lepi, kurwa, kierowniku nie dowiaduj, bo łon cały las przerobi na metrówki, tak bedzie zapierdalał.

Chłopy dziękują, wracają do lasu przerabiać go na metrówki. Myję szklanki, wietrzę kuchnię i rozmyślam, która baba tańsza. Po powrocie z gór szukam w Internecie agencji towarzyskich w Krakowie. Z jakiejś podejrzanej stronki dowiaduję się, że pół godziny towarzystwa panienki kosztuje 80 zł. Autor jest zapewne wiarygodny, bo ostrzega nawet, w której agencji „kurwy kradną”. Uczciwemu trzeba wierzyć, więc zaczynam liczyć, żeby chłopów nie cyganić, bo mi gotowi las pod Radziejową wyciąć w pień.

Agencja
- gazeta z ogłoszeniem – 2 zł
- dojazd chłopa do Krakowa – 26 zł
- piwko na odwagę (małe, bo w Krakowie drogo) – 10 zł
- pół godziny z babą 80 zł
- małe piwko po – 10 zł
- czekolada dla dzieci i żony – 10 zł
Razem – 138 zł ( dwa i pół kubika drewna)

Kochanka (bez lokalu i dojazd tylko do Sącza, do hotelu)
- telefony, żeby ją przekonać do miłości z miłości – 50zł
- dojazd do Sącza – 6 zł
- piwo z kochanką (1 ona, chłop 3) – 16 zł (piwo w Sączu tańsze!)
- ciastko i kawa (dla zachowania kultury) – 20 zł
- wino bułgarskie (rozlewane w kraju) do hotelu – 10 zł
- hotel bez piętrowych łóżek (za dobę, bo skąd na pół godziny) – 100 zł
- zabezpieczenie – 7 zł
- kwiatek albo co innego taniego po – 20 zł
- czekolada dla dzieci i żony – 10 zł
- piwko na przystanku – 4 zł
Razem - 243 zł (pięć kubików drewna)

Żona
Pół godziny z żoną to jest 15 razy po dwie minuty, co daje ponad rok seksu przy średnio chętnej babie. To oznacza półtorej roku cotygodniowych wyjazdów do hipermarketów i dodatkowo przynajmniej 15 ekstra zakupów na przynętę. A o piwie można tylko pomarzyć.
Razem – las pod Radziejową.

I co powiedzieć chłopom? Żeby się umyli, ogolili i zorganizowali towarzyską wycieczkę do Krakowa? Powiem im, że te co dają za pieniądze są drogie i jeśli chcą, żeby pleban nie jeździł do Krakowa, niech go ożenią.

8 czerwca

Ponieważ o kota poprosiły śnieżne Walentynki, mam mały prezencik dla nich.
Oto wierszyk, który odpisałem z walentynkowej gazetki szkolnej:
Ta karteczka jest dla Anki
Superekstra koleżanki
Czasem jeżdżę z nią tramwajem
Jak ma gumę to mi daje

A poza tym jutro już PIĄTEKPOPOŁUDNIU. Na pewno was nie ominie, nie martwcie się.

4 czerwca

Lało od środy, więc powodziowo troszkę. Kordowiec zatonął w mgłach i chmurach. Łaziłem dziś po Rytrze i fotografowałem żywioł. Na zdjęciach mizernie wygląda, bo nie szumi, nie huczy. Nawet ogromne drzewa płynące Popradem wyszły nijako. Strażacy wypompowują wodę z piwnic. W gimnazjum było metr wody, a pompiarze pracowali w hełmach bojowych. Pewnie w piwnicy szkoły była ciężka woda, stąd ta troska o strażackie łepetyny.

1 czerwca

Najpierw o kodzie.
A było to tak. W poniedziałek wieczorem żona zwróciła mi, jak zwykle słuszną, uwagę, że wypisuję podobno na stronie Kordowca bzdury, które czytają uczniowie ze szkoły, gdzie mam nieprzyjemność pracować. Doniosła jej o tym pewna życzliwa pani, której syna usiłuję nauczyć okrojonej do minimum wersji języka polskiego. To znaczy, synowi tej pani czytanie się podobało, bo podobno uśmiechał się półgębkiem, ale nijak nie mogli potem rodzinnie wyrozumieć, dlaczego pan od polskiego klnie. Ponieważ dla mnie pisanie zawsze było i będzie przekleństwem, musiałem je gdzieś ukryć. I zamiast szuflady wymyśliłem na stronie kota. Teraz, jeśli zacna rodzina ryterska wróci w niedzielę z kościoła i po spożyciu rosołu zechce policzyć, ile razy na stronie pana od polskiego pojawiło się słowo DUPA, będzie musiała mieć kota. Kot jest u mnie i u was, więc go nie dostaną, nawet gdyby prosili. A wiem, że nie poproszą.
Kotów już kilka rozdałem, bo prośby były nawet od takich, którzy w obecnym wcieleniu Kordowca nie widzieli, ale dupa im nie przeszkadza, bo przyzwyczaili się do jej posiadania. Specjalne koty rozdaję, też za darmo, na Kordowcu, lecz po te trzeba się pofatygować osobiście. Koty ma sąsiadka Tokarczykowa, ma babka Nowakowa, która ich nie lubi i nie karmi (Jak głodny, niech se co złapie!), ma Leonardo, mam wreszcie ja. Moje, jak to kruki, lubią tłuste myszki. I to by było na tyle w kocim temacie.
PS. Skopiować i przekazać tym bez kota:
Tym, którzy wiecznie patrzą przed siebie i sądzą, że srają złotem, polecam: Obejrzyjcie się czasem za siebie i wciągnijcie mocno powietrze. I uwierzcie mi, że nie będzie to największe z rozczarowań, których jeszcze doznacie.

A teraz w związku z Wizytą - teologicznie.

Człowieka tak się zabija jak zwierzę
widziałem:
furgony porąbanych ludzi
którzy nie będą zbawieni
                     T. Różewicz: Ocalony

---------------------------

Dlaczego porąbani nie będą zbawieni?
Bo są jak zwierzęta.
To znaczy, że w niebie nie będzie sarenek?
Zapytamy księdza.

Co z tym zbawieniem zwierząt?
Ksiądz się zdenerwował, ale
zwierzęta nie będą zbawione, bo nie mają duszy.
A czy bez zbawienia nie można pójść do nieba?
Nie można.
Więc nie będzie w nim śpiewu ptaków, tańca motyli, pięknookich sarenek,
twojego psa?
Nie.
A może jest tak, że jeśli zwierzę nie grzeszy,
to nie potrzebuje zbawienia?
Pies grzeszy, bo gryzie dzieci.
Ale jeśli nie wie, że czyni źle?
No to nie grzeszy.

Więc powinien z kopytami do nieba...
Pies nie ma kopyt.
No tak, więc z pazurami, zębami, brązową sierścią powinien.
Powinien, bo nie wie, co dobre i złe.

Komary, co kąsają wrednie, też polecą do nieba?
Też.
A chcecie z chmarą komarów pląsać nago po łąkach niebieskich?
No, nie.
Co więc uczynić, żeby nie gryzły aniołów?
Są specjalne dezodoranty.
W niebie? Dezodoranty nie będą zbawione.
No tak. I ubrania też nie.

Gdzie więc się przed nimi skryć?
W piekle. Tam komarom palą się skrzydełka.

27 maja. Pierwsza ofiara huśtawki.

Uparłem się, żeby w piątek, mimo przelotnego deszczu i narodowemu obowiązkowi modlenia się do telewizora, skończyć raz na zawsze z huśtawką. Krzyżaki były już gotowe, ławeczka też. Kłopot polegał na połączeniu tego wszystkiego w całość przeznaczoną do huśtania. Wymyśliłem więc, żeby to łańcuchem pospinać do kupy. W Sączu w sklepach rolno – przemysłowych mieli tylko łańcuchy do wiązania psów i krów. Był też koci łańcuszek na metry, ale pani w gustownym zielonym fartuchu odradzała jego kupno, bo był „cosi cienki na huśtawkę”. Zajechałem do „Rózie” w Rytrze. Rózia prowadzi sklep budowlany, w którym można kupić wszystko, co się do czegoś nadaje, nawet do huśtawki. Kupiłem osiem metrów czerwonej liny, „mocny jak pieron”. Wywiozłem to i inne niezbędne klamoty na Kordowiec, ale przed zamontowaniem postanowiłem zrobić próbę. Próby są konieczne, bo wszystko tu powstaje nie z planu ale z twórczej mocy. Babka Nowakowa, stały konsultant budowlany, zajęta była pozowaniem do zdjęć (A biercie za to piniondze, biercie! – synowa), więc bez konsultacji zacząłem wiązać sznurek do ławki. Obawiam się zresztą, że kompetencje babki są nieco przereklamowane, bo ostatnio, kiedy myłem kabinę prysznicową, zapytała, jak się do tej wanny leje wodę. Jak w ruskim dowcipie: - Wania wziąłeś prysznic? – Wziąłem? Jak co ukradną, to zawsze na mnie! Zaniechawszy więc konsultacji z babką którą, jak wiadomo, dyscyk ukompoł i ukołysoł wiater, przeniosłem byle jak poprzeplataną linkami ławkę pod drewniany krzyżak i powiesiłem to dziadostwo, żeby pohuśtać eksperymentalnie. Okazało się, że ławka kołysze się całkiem ładnie, ale ciągle wywraca się do góry nogami lub do góry brzuchem, jeśli przyjąć, że ławki mają nogi i brzuchy. Pomyślałem więc, że może pod nieznacznym obciążeniem będzie się zachowywać normalnie. Usiadłem na niej, w jednej ręce trzymając mocno końcówkę czerwonej liny. Odbiłem się porządnie stopami i huśnąłem wysoko, nad góry i lasy. I kiedy mi się już wydawało, że nogami wybiję szyby Panu Bogu, końcówka liny wymsknęła mi się z dłoni. Runąłem na ziemię, a na mnie runęła ławka. Runąwszy już porządnie tyłkiem, przyrżnąłem za chwile łbem o ziemię tak mocno, że zrobił się dołek, w którym zaczęła się gromadzić woda z kolejnego przelotnego deszczu. Wyzbierałem więc szczątki własne, które poniewierały się między szczątkami ławki i śmiejąc się głośno z własnej głupoty, powlokłem się do chaty, by naprawić tej głupoty tragiczne skutki. Poskręcałem na powrót listewki, nawierciłem otwory na haki, powiesiłem całość, znów poprawiłem, powiesiłem i huśnąłem się z nieśmiałością i strachem, które zasiadły obok mnie. Działało, ale łeb bolał. Pomyślałem, że najlepszym sposobem na pozbycie się bólu będzie dotlenianie. Połaziłem więc z godzinkę po lesie, gdzie jak wiadomo tlenu jest najwięcej. Ale łeb bolał nadal. Niestety, nie było pod ręką pana Andrzeja z Lublina, weterynarza, który kiedyś dzielnie ratował turystkę oblaną wrzątkiem. Musiał się wtedy konsultować telefonicznie z pewnym wybitnym specjalistą z pogotowia, bo jak wiadomo, krowy się przeważnie nie parzą wrzątkiem. Mnie by pomógł z łatwością, bo krowy przecież się między sobą bodą, więc na pewno boli je po tym łeb. Niestety, weterynarz przyjeżdża tylko w sezonie grzybowym, a dzwonić nie śmiałem, bo mógłby pomyśleć, żem znów wyprowadzał na łąkę krowę sąsiadki. Sięgnąłem więc do przeznaczonego dla harcerek poradnika noszącego niewinny tytuł „Jak skutecznie pomóc harcerzowi w razie nagłego wypadku”. Nie jestem harcerzem, ale konstrukcyjnie i duchowo chyba go przypominam, bo zawsze staram się być wierny zasadzie głoszącej, że harcerki mogą na mnie polegać – jak na Zawiszy. W poradniku, w rozdziale „Upadki” napisano, że skutkiem upadania na głowę lub uderzenia kołkiem w potylicę może być wstrząśnienie mózgu, którego objawami są zawroty głowy, utraty równowagi, wymioty. Poszkodowanemu jest niedobrze, a nawet czuje wodowstręt. Przeprowadziłem więc staranne badania. Zawroty głowy miewam na Kordowcu, gdy przyjedzie Baca z Katowic. Ale Bacy nie ma, więc jestem zdrowy. Równowagę utraciłem w zeszłym tygodniu, gdy oburzony gimnazjalista powiedział mi, żebym się od niego odpierdolił. A ponieważ gimnazjum na Kordowcu nigdy nie było, tylko filialna podstawówka – jestem zdrowy. Wymioty mi się nie zdarzają odkąd przestałem być radnym i nie chodzę na samorządowe ochlaje, które eufemistycznie nazywane są sesjami rady gminy. Niedobrze mi jest często, właściwie stale, więc to też nie nastąpiło w wyniku robienia głową dołka w glebie. Wodowstręt często odczuwam na Kordowcu i mimo że mamy tu „krystalicznie czystą wodę”, zadowalam się napojami z puszek lub opakowań szklanych zwrotnych. Ale to też objaw dość stary. Zakończyłem więc autoobdukcję, odłożyłem lekturę miłosiernych harcerek na półkę, zjadłem kolację, ochlapałem się, wypiłem piwko, wykurzyłem faję i wlazłem do psiworka. Przed zaśnięciem pomyślałem, że jeśli jutro obudzi mnie ból głowy, to będzie on normalnym skutkiem użycia piwka i fajki. Czego wam i sobie życzę. Doktor Jędruś z Kordowca.
PS. Zresztą, żeby doznać wstrząśnienia mózgu, trzeba go posiadać, a z powyższych bredni wynika, że ich autorowi natura zapomniała go dać. Na pocieszenie (swoje) dodam, że wyposażyła go za to hojnie w inne, niezbędne w górach atrybuty.

23 maja. List Asi.

Drogi Panie Jędrku!
Czytuję Pana dzienniki regularnie, co by się nieco oderwać od jakże nużącej niekiedy nauki, oraz zobaczyć co dobrego słychać na Kordowcu, który odwiedziłam ze znajomymi w długi listopadowy weekend 2005, bodajże był to 11 listopada. Ponieważ zawsze się przy tym czytaniu ubawię po pachy, noszę się z zamiarem przesłania Panu naszych kordowcowych fotosów już czas jakiś, aby odwdzięczyć się za owe dzienniki, za pamięć o bywalcach i zadośćuczynić Pana prośbom, raz nawet mail był już gotowy i wszystko pięknie ładnie, tyko zamiast wyślij kliknęłam zamknij i wszystko diabli wzięli łącznie ze mną. Ale dziś postanowiłam, że jeszcze raz napiszę, jeszcze raz dołączę załączniki, ponieważ podoba mi się okrutnie Pana strona i do Kordowca również żywię pozytywne uczucia, więc: niech będzie! Niech tęsknią Ci co byli i zazdroszczą Ci, którzy jeszcze nie byli (na Kordowcu oczywista) oglądając galerię :)
Pozdrawiam Pana serdecznie ze słonecznego Krakowa, również dla babki Nowakowej uściski!
Asia

18 maja

Zmiany na stronie: nowe zdjęcie tygodnia "Pielgrzym" w tonacji aktualnej, bez frywolnych aluzji nareszcie. Ostatnie tajemnicze wpisy w Księdze Gości to zapowiedź sierpniowej pielgrzymki Trzech Baców na Kordowiec. Będą bacowie od baranów śląskich, krzyżackich i brooklyńskich. Gazduje niżej podpisany. Tak mu się przynajmniej na razie wydaje. Wbrew buńczucznym zapowiedziom bacy nowojorskiego, który bez gana nie wychodzi ze swojej chałupy i bez niego do niej nie wchodzi, szczyt baców będzie miejscem bezpiecznym dla przypadkowych turystów. Jeśli usłyszycie strzały to wyłącznie z torby (po cukrze). Na Kordowcu wolno strzelać śrutem tylko do uzbrojonych myśliwych, gdyż baca miejscowy uważa, że równowaga w przyrodzie oparta jest przede wszystkim na równowadze militarnej przeciwników. Jeśli więc chcesz, drogi czytelniku tych bredni, walczyć z jeleniami, zwróć się do własnej żony z prośbą o odpowiedni oręż. Zapewne z przyjemnością wyposaży cię w solidne poroże, a jeśli okaże się, że powodowana miłością zapragnie twojego walnego zwycięstwa, zadba, byś prezentował się jak dorodny szesnastak. Czego, jak zwykle, sobie i wam życzę. Baca od baranów górskich.
PS. Jutro już "piątek po południu!" No i jest nowa opowieść Jędrusia z Kordowca, ale nie chce mi się jej przepisywać, więc jeśli ktoś chce ją poznać, niech przyjdzie na przekaz ustny.

17 maja

Trójkę moich uczniów wysłałem w góry na wywiad. Poszli do dziadka Wojciecha Buczka, który ponad dziewięćdziesiąt lat gazduje na Kicorze. Efekty górskiej wycieczki Jacka Buczka, Mariusza Berstlinga i Natalii Paduli znajdziecie na końcu działu "Artykuły".

14 maja. Z powodu bólu zęba zamiast dziennika - nocnik.

Zmiany na stronie: Zdjęcie tygodnia z polany Kącina. Czekałem na wschód księżyca, ale ponieważ się spóźniał, podpatrzyłem trójkącik. Usunąłem niektóre zdjęcia z "Pamiątek", gdyż zapomniałem, że trzeba modeli zapytać o zgodę na publikację zdjęcia w Internecie. Protestów nie było, ale zasada zgody obowiązuje. Nie mam do was wszystkich adresów, więc jeśli ktoś się nie odnajdzie w galerii, a chciałby wspominać i być na stronie, proszę o e-maile lub nawet SMS-y.
W piątek wieczorem przeprosiłem się z kosą. Nie powiedziałem jej, że to z powodu rekordowej ceny baryłki. Kosa się uśmiechnęła i ścinaliśmy chwasty. Było ekologicznie, bo w czasie koszenia starożytną kosą, kosiarz oddycha wyłącznie własnymi spalinami. Wieczór spędziłem na ławce pod lasem zagapiony w różowy ogromny księżyc. A w sobotę robiłem huśtawkę, którą dawno temu obiecałem sympatycznym dziewczynkom z Gorzowa. Dziewczynki już duże, więc urządzenie niemałe i odpowiedniej mocy być powinno. Nie skończyłem, bo nie miał kto podtrzymywać budowanej konstrukcji, ale krzyżaki już stoją. Do sierpnia muszę zdążyć, żeby się po okolicy nie rozniosło, że dziewczynkom tylko obiecuję. Basen też wtedy planowaliśmy i pewnie już bym go zbudował, ale nie mam pojęcia, jak grzać w nim wodę, która na Kordowcu jest lodowata nawet w lecie. Zresztą, wszędzie jest pochyło, więc woda by się z basenu wylała i odpłynęła do Cygańskiego Potoku. A dziś, kiedy się rozjaśni, znów wybiorę się na Kordowiec, ale tym razem pieszo, bo kultowy Gaz 69, który zawsze dużo palił, w dodatku się rozpił okrutnie i nie panimaje, jak to Ruski, że przez baryłkę i akcyzę wyląduje w końcu na złomie.
Za wpisy do księgi gości wszystkim Wam dziękuję. Babcia i jej dwie córki malowały podobno kuchnię, więc nie wybierałem się tam, bo trzech drabin naraz podtrzymywać nie potrafię. Reszta sąsiadów grodziła źmioki przed dzikami. Jedno poletko wyszło w stylu obozowym, z siatką tak wysoką, że ochrania też przed ptakami, drugie jest w tonie policyjno - browarnianym, z kolorowej taśmy i dyndających puszek.
Trzymajcie się dzielnie, pijcie i palcie z umiarem, żebyście na złom nieprędko...

11 maja

Już miałem wpisać się do księgi gości, żeby podziękować za miłe słowa "Babci z Lublina", która nie podała swojego adresu, ale pomyślałem, że nie złamię zasady. Księga gości, jak sama nazwa wskazuje, jest dla GOŚCI, a ze mnie żaden gość. Odpowiadam więc w swoim kąciku, w moich Kronikach Kordowcowych.
Za wpisy serdecznie dziękuję, gdyż sprawiają mi ogromną radość. Radość może nawet czasem przewrotnie złośliwą, bo cieszy mnie, że za Kordowcem nie tylko ja tęsknię. Pewnie zdziwicie się czemu. Nie mieszkam przecież w tej chacie na stałe, a codziennie sprzed bramki mojego domu w Rytrze widzę polanę pod szczytem. Przyglądam się jej zawsze z jednaką miłością i tęsknotą, a potem zakładam klapki na oczy i pędzę z górki do pracy i szkoły jednocześnie (okropieństwo, prawda?). I niezmiennie czekam popołudnia piątkowego. To już jutro. Pędem wrócę z pracy, załaduję klamoty do gazika i jazda do chałupy. Potem już tylko fizyczna harówka, odpoczynki ze słynnym "patrzeniem na góry" i psiworek, gdy się ściemni. O świcie pobiegam za zdjęciem tygodnia, choć trudno będzie o coś interesującego, bo wszystko jest obrzydliwie zielone, nawet białe kwiaty na cześni przewrotnie się zielenią, jakby wstydziły się swej niewinności i chciały być tylko niedoświadczone. Do babci na Poczekaju zajrzę i obiecuję, że przekażę pozdrowienia od "Babci z Lublina". Już wiem, że babcia Nowakowa z Poczekaja przypomni sobie "Babcię z Lublina", choć jej zapewne nie widziała na oczy i na duszy. Ale Nowocka taka już jest, że pamięta wszystkich, którzy powiedzą jej ciepłe słowo, choćby przez Internet lub przeze mnie. Staram się naśladować naturalną mądrość babci i wszystkie ciepłe słowa zapamiętuję, a zimne wywiewa mi z głowy wiatr. Co i wam przepisuję. Doktor Jędruś z Kordowca.
PS. Jeśli jutro będę patrzył na was z góry, nie obraźcie się. Popatrzę ciepło, a wy se na całe życie zapamiętajcie to patrzenie moje.

6 maja

I nie poszedłem do Litmanowej. Deszcz zapowiadali wielki, więc zamiast wędrować, robiłem półkę w sieni. Potrzebny był nowy mebelek, bo książek w Rytrze nie mam, gdzie trzymać, choć jeden pokój tylko do tego celu przeznaczyłem. Półki są dębowe, słupy bukowe (koniecznie), a poprzeczki jaworowe. Wszystko w stylu "usia siusia cepeliada" wykonane, bo tylko taką architekturę akceptują moi goście. Trudno zrobić coś, co ma być jednocześnie krzywe i proste, więc zmordowałem się okrutnie. Słupy strugałem ośnikiem specjalnie na tę okazję wypożyczonym z muzeum. Dziada do podtrzymywania nie zdobyłem, więc radziłem sobie, ściskając belki w imadle udowym. Wolno to szło, bo specjalną ostrożność w związku z tym ściskaniem musiałem zachowywać. Strugałem przed chatą, a pod lasem żerował zajączek. Postawiłem więc na parapecie magnetofon i razem słuchaliśmy sobie opery. Wreszcie mogłem się poczuć jak Fitzcarraldo, mój ulubiony bohater filmu Wernera Herzoga. Zdjęcia przerobionej sieni znajdziecie na stronie w menu "wnętrze"; trzeba kliknąć obrazek z okienkiem. W naszej galerii pamiątek pojawiło się zdjęcie czterech przesympatycznych studentek. Spały sobie w chacie jedną noc. Kiedy zostawiałem je same wieczorem, ostrzegałem, żeby zamknęły na noc drzwi, bo w okolicy grasuje pewien samotny poeta. Nie wiem, czy zapamiętały moją radę, bo ponoć na drugi dzień mówiły przy śniadaniu wierszem. Twierdzą, że był to epicki trzynastozgłoskowiec, używany jedynie do utworów obszernych i czynionych z wielkim rozmachem. Jeśli to prawda, pewnie niedługo znów odwiedzą Kordowiec.
I to pewnie już wszystkie wieści kordowcowe. Może by się jeszcze coś napisało, ale nie jestem pewien, czy ktokolwiek czytuje dzienniki. Niby średnio 20 osób dziennie odwiedza stronę, ale śladu żadnego nie zostawiacie. Wypełniajcie śmiało księgę gości, zaglądnijcie do forum. Każdy wpis będzie mile widziany, a ja upewnię się w końcu, że nie piszę tych dzienników dla serwera onetu. Ostańcie w zdrowiu. Fitzcarraldo.

2 maja

Dobry wieczór Panie Andrzeju.
Dziękuję za odpowiedź. Nie wiem czy Pan ma tego swiadomość, ale parę ładnych lat temu był Pan swoistym objawieniem w Kosarzyskach; wniósł Pan wysoki poziom wiedzy i niestandardowe myślenie. Miał Pan duży wpływ na mój rozwój i nie tylko mój. To przeszłosć - postarzeliśmy się. Wszyscy. Co u innych? Nie wiem. Promują swoje geny, pozakładali rodziny, jakoś klecą swoje życie. Nie mam kontaktu z kolegami i koleżankami z Kosarzysk.
Rzadko tu bywam. Pracuję dla warszawskiej firmy budowlanej-załatwiam kontrakty w krajach francuskojęzycznych. Częściej mnie tu nie ma; bywam w Belgii, Francji, na Korsyce. Taka praca. Ciągle coś się dzieje. Trzeba być mobilnym. Takie czasy.
Cieszę się, że Pan się jakoś odnalazł w tym trudnym środowisku. Mnie się to nie udało. Widzi Pan, Panie Andrzeju, wychowałem się tu i ciągle czuje się tutaj obco. Nigdy nie zaakceptuję tych czterech góralskich powinności "(iś na sume, flaske wypic, babe wydupcyć i komus - jak sie napatocy - przydupcyć)". Dzięki Panu mam inny obraz świata. Mam nadzieję, że - da Bóg - spotkamy się. Serdecznie Pana pozdrawiam. Jak mówią Francuzi "bon courage", czyli powodzenia, a ściślej - dzielności!
Józek

Taki list dostałem od jednego z moich pierwszych uczniów. Wspominam ich wszystkich bardzo serdecznie. Nie zapomnę mojej pierwszej (i ostatniej prawdziwej) polonistycznej pracy na końcu świata, czyli w Kosarzyskach. Przyjechałem tu w 1983 roku, tuż po studiach, a cały bagaż miałem w plecaku i w głowie pełnej marzeń i szalonych pomysłów. To nie był może koniec świata, ale Polski na pewno. Inny język, inna mentalność i ja w to wszystko wpadłem nagle, w miesiąc po obronieniu pracy magisterskiej, jak z innej planety. Mieszkanie w suterenie, gdzie gospodarz, podczas gdy byłem w pracy, pędził bimber. Nieustanne łażenie po górach, mizerna pensja, puste sklepy, mnóstwo książek, płyt i przyjaciół, którzy czasem wpadali, aby sprawdzić, czy żyję. Pewnie byłem dla tych dzieci zbyt surowy, gdyż nie rozumiałem, że do szkoły mają daleko, że rodzice często nie umieją nawet czytać i pisać. A może rozumiałem, ale nie chciałem się litować. Traktowałem ich, jak każde inne dziecko powinno być traktowane, bez względu na miejsce zamieszkania, czy poziom rozwoju lokalnej cywilizacji. Nie dziwiłem się, nie głaskałem. Snułem opowieści o innym, świecie, z którego przybyłem i którego pisaną część przywiozłem w plecaku "Elbrus". Wielu z nich nauczyłem nowego, polskiego języka i pozwoliłem im marzyć. Ci uciekli stamtąd. Najpierw próbowali wracać, gdy ukończyli studia, ale to już nie był ich świat. Nierozumiani, dziwni, nienormalni dla swoich, uciekali po jakimś czasie, by już nigdy nie wrócić. I to jest moja porażka! Powinni byli powrócić, żeby coś zmienić. Ale chyba to jest niemożliwe, bo końców świata się nie zmienia. Były i będą miejscem, gdzie psy szczekają d....ami, ptoki zawracają, a wjazdy do wsi, choćby najszersze, ciągle miejscowa władza zabija skutecznie nieheblowanymi dechami, żeby nie było widać góralskiej demokracji dla wybranych. My, nauczyciele "ze świata", wtedy niemalże jedyni z wyższym wykształceniem, też wyjeżdżaliśmy. Prawda Baco, prawda Beato? Ja przemieniłem się w twór pośredni. Jak doktor Jekyll i pan Hyde jestem; czasem góralski do bólu znanego tylko przechrztom, a częściej czuję się, jakbym kiedyś przyjechał na wczasy w doliny Popradu i od dwudziestu trzech lat zwlekał z wyjazdem. Czemu zostałem, przetrwałem? Żeby tracić swoje wielkie marzenia, których nie umiałem spełnić.

26 kwietnia. Kot Leonarda.

Dziś był egzamin gimnazjalny - humanistyczny. Sprzątaczka na korytarzu, gdy uczniowie już wyszli ze szkoły:
- Panie Andrzeju! A Leonardo da Vinci to który wiek, czternasty czy szesnasty?
- Raczej szesnasty.
- To dobrzem im powiedziała, bo jakby czternasty, to by przecież nie mógł namalować "Bitwy pod Grunwaldem", nie?
- Ano nie.

A wieczorkiem fotografowałem zawilce. Lubię anemony, bo wyrosły z krwi Adonisa, którego rozszarpał dzik. Zobacz i wykorzystaj jako kartkę.

25 kwietnia

Na stronie kordowcowej pojawiły się wreszcie długo oczekiwane fotografie naszych gości wykonane przez nich samych lub przeze mnie. Zapewne galeria ta będzie się nieustannie rozrastać. Najwięcej zdjęć z Kordowca ma Baca, ale nie może się zdecydować, które umieścić w galerii. Chciałby to najpiękniejsze, a ponieważ wszystkie są piękne - wybór prawie niemożliwy. Żałuję też, że zagubiłem gdzieś większość nadsyłanych mi zdjęć. Proszę, przysyłajcie swoje foty. Jakość nie jest ważna, gdyż to mają być pamiątki. Proponuję też zapisy na "Wielką włóczęgę". Czas się gdzieś ruszyć. Obiecuję, że tym razem nie będzie mnie bolała noga! Przepraszam, że nie mogłem przyjąć wszystkich spragnionych majówki na Kordowcu. Pobyty długoweekendowe trzeba rezerwować znacznie wcześniej. Zapraszam w najbliższą sobotę po pierwszomajowym szaleństwie. Będzie śliczna pogoda, mnóstwo kwiatów i "źmioki" posadzone, więc okoliczni rolnicy nie będą pokrzykiwać na konie. Będzie cisza i prawdziwie kordowcowa atmosfera samotnych rozmyślań. Chyba przelecę testowo w cichą sobotę trasę, którą zaproponowałem na pierwszy dzień "Wielkiej Włóczęgi". Jeśli ktoś chce mi towarzyszyć - zapraszam. I to tyle. Pracujcie se, uczcie sie i o Kordowcu pomyślcie czasem ciepło. Hej!

22 kwietnia

Dziś bez zdjęcia, ale proszę mi wierzyć, jest wreszcie cieplej. Letnio - wiosennie. Na szczycie temperatura sięgała 15 stopni w cieniu, widać już pierwsze zawilce, pierwiosnki i przylaszczki. Wybuchną w majowy weekend i będzie biało, zielono, fioletowo, żółto, będzie wiosennie. Chata wysprzątana, pająki i latające motylki korników wygonione, kibelek w środku pomalowany na lekko niebieski, żeby się lepiej dumało, jak w niebiosach. Wiatr jeszcze zimny czasem zawiewa, bo gdy przebiega po lasach, zmrażają go płaty śnieżne, które skryły się przed wiosną w głębokich cieniach jodłowych. Wstałem dziś po piątej i wyszedłem przywitać słońce. W dolinie Popradu leżała tłusta mgła, a szczyty powoli wypełzały z półmroku. Na chwilę przed wschodem słońca wszystko stało się różowe. Takie radosne, szczęśliwe kolory nieba można zobaczyć tylko tutaj. Stałem więc w tym przedświcie i nuciły się we mnie słowa piosenki Wojtka Bellona, gdy wspominałem wszystkie szczęśliwe kordowcowe przebudzenia w pejzażach harasymowiczowskich.
PS. Starażacy właśnie wyją! Ciekawe czy znaleźli jeszcze jakąś suchą łąkę, czy może to tylko podsumowanie sezonu i rozdanie nagród?

11 kwietnia

Żyjemy tu jakby na wojnie. Co chwila z Rytra, Młodowa, Piwnicznej i Barcic słychać wycie syren. Potem drogą pędzą lśniące czerwienią i stalą wozy strażaków ochotników. Pojazdy też wyją niemiłosiernie, więc hałas u nas jak pod szpitalem Majmonidesa na Brooklynie. Dzielni strażacy wiozą miotły, którymi za chwilę będą gasić płonącą trawę. Na zmianę pali się lewa i prawa strona doliny Popradu. Kiedy ugaszą Obłazy, dymi Sucha Struga, potem płoną Borownice, a za chwilę już Głębokie. Tak jest każdej wiosny, gdy zniknie śnieg i wyschną łąki nad Popradem. Tak jest każdej wiosny, gdy górale zdejmą copki z pomponami i z baranich głów zaczyna dymić głupota, której jak wiadomo ugasić nie można. Przeciętny roczny budżet jednostki czerwonych ochotników to około czterdzieści tysięcy złotych, a jeśli ochotnicy są również wójtami lub burmistrzami, dwa razy tyle. Ponieważ OSP nie gasi w zasadzie poważniejszych pożarów, bo do takich zawodowcy ich nie dopuszczają ze względu na niebezpieczeństwo poparzenia się, łatwo policzyć, że gaszenie łąk przez cztery jednostki rozmieszczone na odcinku dziesięciu kilometrów kosztuje sto sześćdziesiąt tysięcy złotych. W ten sposób baranie łby puszczają z dymem swoje podatki. Drogo? Głupio? A niech tam! Byle sie co dzioło, byle rozpieprz jaki był, jako jazda, wycie jakie. Bo jak co długo nie dupnie, to smutno. A jak sie trowa poli to i dobrze, bo myszy sie spolo i pyrz sie spoli, szczawy sie spolo i uprawa bedzie że hej! A strażoki niech se zarobio, bo roboty tyż nijaki nima lo młodych i napić sie potem możno, bo jak sie w dymie i ukropie postoi z mietłom, to pić sie chce!

31 marca

Wieczorem zagrzmiało. Ziemia ogrzmiana, można się położyć na trawie. Woda ogrzmiana, można się wreszcie umyć.

25 marca. Wiosenne porządki.

Wychodzę z domu, a za bramą leży na lewym boku pies sąsiada. Zdechnięty jakiś, bo ślipia wybałuszone i jęzor wywalony nienaturalnie. Krwi nie widać, to pewnie otruty na śmierć albo przejechany, albo grypa jaka psia. Chcę sąsiadowi powiedzieć, żeby mi trupa spod płotu sprzątnął, zanim cuchnąć zacznie, ale boję się do jego domu podejść. Chałupa wygląda nieszczególnie, tak nieodświętnie jakoś. Szyby powybijane, bramka z zawiasami wyrwana, w płocie ubyło sztachet, a taras pode drzwiami czerwony, jakby się kto na niego wykrwawił normalnie na stojąco. Mijam ten bajzel z ostrożnością i uszanowaniem wymaganym na te okoliczności tragiczne i schodzę niżej. Drugi sąsiad. Stoi na drodze i uważnie wpatruje się w studzienkę, która jakby urosła i pochyliła się zgodnie ze spadem jezdni. Studzienka jest kanalizacyjna, więc uwolnione gówno pędzi swobodnie po oblodzonej drodze. Sąsiad grzecznie mnie informuje, że wójtowi kanalizacja się zatkała, czyli wydupiło szambo. To w górach nie nowość, że szambo czasem komu wydupi. Ale żeby wójtowi? Sąsiad pilnuje, żeby kto autem się w tę awarię nie wdupił, boby co urwać mógł. Jutro zgłosi zdarzenie i nagrzeje wody w czajnikach, bo rury chyba zamarzły i stąd to wydupienie, co nastąpiło. Pytam o psa. Mówi, że Władek zarobił, to wódki kupił i porządków się podjął wiosennych, a potem była milicja i pogotowie. Babę chyba odratowali, ale pies chałpy bronił i chciał oponę u karetki przegryźć, to go przejechali. Jeszcze strażnik szamba dodaje z dumą niejaką, że on to by tego od porządków utopił w gorzałce, co ją sam wypił, ale jemu się nigdy nie zdarzyło, żeby do wódki milicję i pogotowie wołać. Wiadomo, porządny gość! Wydupionej studzienki przypilnuje, to i wódki się umie kulturalnie napić, a szyby to normalnie myje u niego przed świętami baba, a nie szklarz.
No to biercie się za wiosenne porządki w swoich chałupach. Hej!

19 marca. Ostatni wpis tej zimy, kalendarzowej.

Na Kordowcu mgły i szarość wszechwładna. Białe niebo, biała ziemia, białe drzewa w lesie. Kiedy zejdzie się niebacznie ze ścieżki, noga zapada się po jaja. Śnieg sypie jak w styczniu, mróz niemały, woda w chacie zamarznięta i jęzory szronu na ścianie koło pieca. Tylko w babcinej chatynce cieplutko i przytulnie, pachnie kawo, pies przeciąga się pod stołem a babcia przez okienko wygląda wiosny. Nie widać jej, więc robi na drutach rękawiczki, bo może się jeszcze przydadzą. Kurny świat Kordowca i Poczekaja. Zaniosłem babci spore zaopatrzenie, kartę do telefonu i lekarstwa "na ciśnienie", które bierze od dłuższego czasu. Wykupiłem wszystkie oprócz tych na uspokojenie. Powiedziałem, że nie musi ich zażywać, bo wygląda na dość spokojną. Uśmiechnęła się na tę moją diagnozę. Pogwarzyliśmy jeszcze, że węgla brakuje ludziom a krowom potrowu i ustaliliśmy w końcu, że wiosna będzie późno, bo święta późno. To najlepsze wytłumaczenie, logiczne. I tyle górskich relacji. Wiosną coś napiszę, żebyście mieli co czytać i o górach nie zapominali. Jeśli chcecie zobaczyć "Opowieści Jedrusia z Kordowca" w druku, zajrzyjcie do 31 numeru "Płaju". Opublikowali je tam. Nie przejrzałem, więc błędy są, a nawet jedna opowieść jest nie moja. Ale to już inna historia. Byle do wiosny!

12 marca

Chciałoby się wiosny, oj chciało! Rafał, który wpisał się wczoraj do księgi gości, narzeka też na forum, że zrujnował się na węgiel. A ciepło nie nadchodzi, ptaki nie przylatują, grypy wiosennej nie przynoszą, słońca nie widzieliśmy już od kilku tygodni. Coś tam przebąkują w TV, że jeszcze tydzień zimowego paskudztwa przed nami. Może... Dziś w górach pogoda zniechęca nie tylko do spacerów. Zniechęca do życia, jak te depresyjne ciemności w krajach skandynawskich. Na Kordowiec nie poszedłem, choć prowiant dla babci był przygotowany. Drogi oblodzone, bo pada marznący deszcz pomieszany ze śniegową kaszką, wieje, mgły się przewalają. Psu się z domu nie chce wychodzić.

22 lutego. Leonard Cohen.


Są ludzie,
którzy powinni mieć góry,
aby ich imiona przetrwały w czasie.


Groby nie są dość wysokie,
ani zielone,
a synowie odchodzą tak daleko,
że tracą z oczu pięść,
którą zawsze będzie ręka ojca.

Miałem przyjaciela:
żył i umarł w wielkiej ciszy
i z dostojeństwem,
nie zostawił po sobie książki,
syna, ni kochanki, by go opłakali.

Nie, ja nie śpiewam żałobnej pieśni,
tylko nazywam górę,
po której kroczę,
pełną zapachów, ciemną, miękko białą
poniżej granicy chmur.
Nazywam tę górę jego imieniem.

4 lutego

Schodzę sobie wieczorem z Kordowca, zadowolony, bo ładniutko posprzątałem, ściany i wodę odmroziłem, a tu nagle zza krzaka wyłazi olbrzymi odyniec. Zatrzymałem się, w ślipia bestii zajrzałem i odzywam się do niej w te słowa:
- Tylko mi tu świnio pierońska nie ryj przypadkiem. Dość się łąk po tym twoim buchtowaniu naprostowałem .
- Zimą się nie ryje, bo zamarznięte - mruknął dzik niewyraźnie, ale zdecydowanie i ze złością taką, że mi mrówki po plecach zaczęły maszerować, gaciami wyłazić i dalej po śniegu pędem uciekać do najbliższego mrowiska.
- Ty mnie tu nie strasz cholero, bo mrówki wszystkie potracę przez ciebie! - ostrzegłem bestyję.
- W lecie tylko my ryli - zaczął tłumaczyć się odyniec. - Owiesek żeście lichy zasiali i żreć co nie było. A odszkodowanie, całe 69,15 za dwa tygodnie roboty żeś wziął, to się tu na mnie, na drodze nie drzyj, bo jeszcze kto usłyszy. I w dodatku żeś ambonę pobudował, żeby do mnie po nocach z gwintówki pukać.
- Nie złośćcie się panie dziku, ambona nie moja, ja tylko polowanie na muchy uznaję.
- Oj muchy przebrzydłe, to racja - przytaknął dzik. - A mosz tam co w chołpie?
- Co niby mom mieć? - udawałem durnia.
- Ty mi tu durnia nie udawaj - dzik na to. - Tylko zaproś na co mocniejszego. Śliwowica z Łącka by była akurat na taki mróz.
Żal mi się bestii zmarzniętej zrobiło, alem pomyślał że mi w chałupie naświni, więc mówię:
- Śliwowicy już nie pijemy, bo zalegalizował ją niedawno poseł Ptak.
- Nie lubie tych latających skurczybyków! Ale może choć kapka czego innego w kredensie została? - nie dawał za wygraną dzik z suchym ryjem.
Nie było uproś. Wziąłem gada do sieni. Na płytkach się wywalił, wiadomo że niezwyczajny po pańskich posadzkach łazić. Podźwignąłem dziada, na stołku posadziłem i nalałem szklaneczkę kantorówki, której za nic w świecie nikomu się wypić od kilku lat nie udało. Dzik przełknął, zakąsił, szablą błysnął i mówi:
- No, jakżeśmy se popili, to może bym ci się odwdzięczył jakoś? Zgniłych ziemniaków bym nanosił, to byś jeszcze takiego specjału dorobił, co?
- Najbardziej bym się ucieszył, jakbyś mi już latem łąki nie rył - próbowałem wykorzystać jego świńską uprzejmość.
- Ryć muszę, bo co by to była za świnia nieryjąca - odrzekł dzik ze smutkiem. - Jak się ma ryja, to albo się ryje, albo się w niego dostaje. My dziki ryjemy.
- No to może byś rył, ale na cudzym, a jak na moim to płytko i nieczęsto, co? - nie dawałem za wygraną.
- A, tak by się i może dało zrobić, gazdo - ucieszył się odyniec. - Dajcie no kartkę, ołówek i jeszcze jedną ćwiorteckę, żeby mi podpis ładny wyszedł.
Przyniosłem skwapliwie, co dzik sobie zażyczył i tak oto podpisaliśmy pakt stabilizacyjny. Potem pożegnaliśmy się czule, życząc sobie wzajemnie pełnego koryta. Relację z podpisania paktu możecie oglądać w Państwowej Telewizji Trwam.

24 stycznia. O fotografii.

Stali bywalcy strony zauważyli zapewne, że porobiło się u nas bardzo zdjęciowo. Stało się tak dlatego, że łatwiej i szybciej można przemówić obrazkiem niż tekstem. Są nawet tacy teoretycy nowocześni, którzy utrzymują, że obrazek to też tekst. Wystarczy więc popstrykać, potem skopiować fotograficzny udój na twardy dysk, przepuścić przez maszynkę do produkcji galerii i teksty gotowe. W naszym gąszczu wizualnych narracji niemało jest pustej gadaniny, nawet bełkotu, gdyż nie jestem zwolennikiem poprawiania rzeczywistości. Nie lubię tych funkcji aparatu i programów graficznych zmieniających na lepsze świat, który rzadko bywa kolorowy, ostry i pozbawiony szumów. Przeważnie bywa nijaki, szary, zimny, zgodny z naszym klimatem, nie tylko politycznym. Taki wychodzi, wyłazi jak słoma z gumioków na zdjęciach. Przyznam się, że wysłałem kilka prac do różnych portali fotograficznych. Ocenili. Powiedzieli na przykład, że gałęzie w LG trzeba usunąć. Ponieważ nie uznaję komputerowego retuszu, musiałbym urżnąć piłą to nieszczęsne drzewo, które wraziło swe mizerne patyki w lewy górny róg i zakłóciło harmonię kadru idealnego. Czy warto ścinać drzewo, by poprawić zdjęcie? Niektórych obrazków krytycy nijak nie mogli zrozumieć i pytali, co autor miał na myśli. Objaśniaj każdemu! Jeśli nie umiesz czytać tekstu ze zrozumieniem, wróć do gimnazjum. Tam też nie umieją. Ciekawe, że polscy krytycy są zdecydowanie bardziej sceptyczni niż ich amerykańscy koledzy. Naszym estetom nie podoba się wszystko, co nie jest ich własnością, a jeśli już znajdują coś interesującego, to wyłącznie w pracy znajomego, który wcześniej znalazł to u nich, albo ma znacznie droższy sprzęt, obowiązkowo profesjonalny. Amerykanie są mili, umieją zachwycać się światem, choćby był niedoskonały i nie przeszkadzają im gałęzie w LG, bo skoro tam są, to znaczy, że rośnie w pobliżu jakieś drzewo, jak to w lesie bywa. Dla Polaka drzewo wyrosło na złość, żeby zepsuć mu jego zdjęcie! Obiecuję, że zrobię wreszcie polski porządek w tych przegadanych galeriach. Usunę zdjęcia brzydkie, niedoskonałe i zrobię jedną galerię "the best". Potem wyślę link rodzimym estetom, a ci poradzą mi życzliwie, żebym wyrzucił wszystko.
Na serwerze mam jeszcze dużo wolnego miejsca. Bardzo więc Was proszę, abyście przysyłali swoje zdjęcia. Będziemy robić nowe, radośnie żałosne albumy robaczywych grzybów, krzywych drzew, szarych poranków, zachodów słońca bez słońca, papierowego nieba, kulawych jeleni i pijanych górali. Bo tylko jedno można doskonale sfotografować - nasz niedoskonały Kordowiec.
PS. Poza tym mróz jak brzytwa, ruski jakiś.

9 stycznia

Trzeba pisać, choćby nie było o czym, bo są tacy, którzy czekają na nowe zapiski w dziennikach. Na górach prześliczna szadź. Cały weekend biegałem w zaspach fotografując z zapartym tchem cudze dzieło. Utrwalałem w zachwycie i pokorze piękno natury. Zdjęcia się udały, bo jak mogło być inaczej, skoro śnieg nie był biały, ale różowy, żółty, czerwony, niebieski. W albumie "Zimowa bajka" znajdziecie wszystkie kolory zimy.
Babcia Nowakowa plecie na drutach i wygląda tęsknie przez okienko. W tygodniu nikt do niej nie zagląda. Skarpety przybywa, dnia przybywa, snu przybywa, bo spać już można o osiemnastej, choć wtedy świtu trudno doczekać. Są sny zajęcze, zimowe, lekkie jak płatki różowego śniegu za oknem, czujne na każde skrzypnięcie buta na progu, kiedy najczęstszym gościem w chałupce jest mróz.
Zadziwia mnie liczba odwiedzin na stronie. W ciągu roku doczekaliśmy się dziewięciu tysięcy kliknięć, które zarejestrował pracowity licznik. Coraz częściej w elektroniczne progi chaty zaglądają internauci z zagranicy. Trzeba będzie wykonać kopię strony w różnych barbarzyńskich językach, aby goście ze świata mogli zrozumieć coś więcej niż obrazki. Tylko że autor strony nie zna takich języków, przynajmniej wtedy, gdy schodzi w doliny. Mało tego, jest święcie przekonany, że skoro Adam z Ewą po polsku się dogadywali w raju, to i on się porozumie z kim trzeba, jeśli usłyszy rajski zew. Kiedyś baca z gazdą spotkali w górach turystę, który po angielsku pytał o coś , ale ponieważ nie odpowiadali, odszedł zrezygnowany. - Widzis, Jędruś - mówi baca - jakbyś znoł angielski, to byś se pogodoł! - I tam, on znoł i co? Pogodoł se?
Baca z gazdą spotykają się czasami na Kordowcu, by se pogodać. Rozumieją się doskonale i potrafią dogodać się z każdym, nawet z Amerykonem, byle miał chęć na cosik mocniejszego. Nie wierzycie? Sprawdźcie w księdze gości! 

20 grudnia. Opady relatywne.

Relatywizm po góralsku:
Kiedy w mieście spadnie 30 cm śniegu, to jest katastrofa.
Kiedy góralowi zasypie po dach chałupę, to są dobre warunki narciarskie.
I to jest właśnie relatywizm.

13 grudnia. Zimowe wyprawy.

W każdą sobotę chodzę w góry. Już nie jeżdżę gazem, ale wędruję na Kordowiec pieszo różnymi leśnymi ścieżkami, z dala omijając uczęszczane drogi i szlaki turystyczne. W czasie tych wypraw powstają nowe zdjęcia, bo łatwo w leśnych ostępach spotkać stado jeleni, obserwować ptaki lub nawet z dreszczykiem emocji, który biega po grzbiecie zimnymi mróweczkami o tysiącu nóżek, badać na śniegu ślady krwawej wilczej uczty. Jestem w lesie sam, w absolutnej białej ciszy; tylko wtedy słychać jak bicie serca wędrowca dostaraja się do bicia serca puszczy, a ich oddechy stają się jednością. Strój na te wyprawy może być byle jaki. Nie za ciepły, by się nie przegrzać i koniecznie w barwach zbliżonych do naturalnych. Jaskrawe turystyczne kurtki i plecaki odstraszają zwierzynę, stąd przewodnicy, ci w czerwonych polarach, przeważnie znają naturę jedynie z kursów, na których pokazywano im obrazki. Buty trzeba mieć dobre. Najlepsze byłyby gumofilce z fartuchem, który zapobiega wsypywaniu się śniegu do cholewek, ale wystarczą dobrze zaimpregnowane buty turystyczne i ochraniacze uszyte ze starego ortalionu. Aparat dobrze mieć ze sobą, ale jeśli umie się patrzeć i zapamiętywać, wrażenia utrwalone w naszym wnętrzu, poza kliszą i cyfrowym ekranem, będą piękniejsze, gdy po kilku dniach zadziała retusz wyobraźni. Jeśli ktoś z czytających te słowa chciałby towarzyszyć mi w tych niemych wyprawach, wychodzę z Rytra w każdą sobotę rano, a wracam w ten sam dzień późnym wieczorem lub, jeśli wycieczka się przedłuży, w niedzielę rano. I jeszcze jedno. Trasy wszystkich wycieczek biegną przez Poczekaj. Trzeba zanieść chleb i sprawdzić, ile nowych skarpet zrobiła na drutach babcia Nowakowa.

3 grudnia

Śnił mi się w nocy lis. Rano zebrałem grotki do plecaka i powędrowałem doliną Małej Roztoki, by go upolować przy pomocy aparatu fotograficznego. Wszedłem do lasu obok gospodarstwa rybnego i przez polanę Czerniacka dobrnąłem do ścieżki. Ślady lisa zauważyłem już na polanie, ale zwierzęta gdzieś się ukryły, w lesie było biało i cicho. Po drodze sfotografowałem kilka osobliwości bukowych, a lis pewnie śledził mnie z ukrycia. W chacie rozgościł się ziąb okrutny, więc napędziłem herbaty, otworzyłem konserwę, której podejrzana zawartość przypominała papkę z mielonych szczurów i powędrowałem do babci. Drzwi kurnej chaty były zamknięte, więc zostawiłem w sieni plecak i poszedłem w stronę źródła. Na wysokości stajni spotkałem babcię wracającą z Niemcowej. Potem wypiłem tradycyjną kawo i pogwarzyłem z moją najlepszą przyjaciółką. Babcia rozgoryczona była, ale nie kazała mi mówić dlaczego, więc nie powiem! Trochę mi się to udzieliło, toteż zdjęcie tygodnia w takim nastroju będzie, mglisto - zimowo - rozgoryczonym. Kiedy schodziłem zaśnieżoną drogą do Cygańskiego Potoku, nagle przez ścieżkę przebiegł lis. Był duży i piękny. Nie zdążyłem go sfotografować, ale zapamiętałem. Zostawił ślad nie tylko na śniegu i w moim śnie.  

16 listopada

Wyglądamy śniegu, z nadzieją malutką, że go nie będzie. Dla mieszkańców gór duży śnieg to katastrofa. Ani wyjechać, ani przebić się przez zaspy do źródła. W piwnicach i drewutniach zacznie gwałtownie ubywać opału, przyplączą się katary i grypy. Długi listopadowy weekend był bardzo przyjemny i na szlaku pojawiło się wyjątkowo dużo turystów. Nie wszystkich do chaty przyjąłem, bo sam sobie wolne od Kordowca zrobiłem i wyjechałem w doliny. Piec się w kuchni rozsypuje ze starości, ale grzeje jeszcze dzielnie. Szyber w kominie pękł, bo spadła na niego cegła. Pewnie z nieba zleciała, bo komin cały. Szyber trudno kupić. A to rozmiar nie taki, a to znów urządzeń takich nie pamiętają. Wreszcie udało się dostać podobny, żeliwny, do pieca chlebowego. Szerszy o centymetr, więc bez przeróbek sie nie obejdzie. Będzie dłubanie w kominie, mamlanie się w sadzach i glinie, klnięcie na świat, który się zmienia, a wraz z nim szybry kominowe. 

22 października

Na Kordowcu zakwitła ruda jesień. Inna niż ubiegłego roku, bo buki gubią już liście, a modrzewie stoją zielone, jakby zapomniały, że lato się skończyło. Pół hektara łąki zrytej przez świnie (dzikie) udało mi się wreszcie wyrównać, drewna nanosiłem pod ścianę, żeby zimą bliżej pieca leżało i chatę ocieplam, bo już jeden sylwestrowicz się zapowiedział. Tylko jeden, ale za to jaki! Babcia, której zaniosłem kartę do telefonu zarumieniona była, bo dzień cały przyjmowała gości, którzy terenowymi limuzynami zajeżdżali na Poczekaj. Czterdzieści ciężkich samochodów, dzień i noc niszczyło drogę na Kordowiec. To nic, że ustawa zakazuje poruszania się pojazdami mechanicznymi po lasach. Jeśli ktoś ma terenową limuzynę za 200 tysięcy, kowbojski kapelusz i wykupione noclegi w hotelu "Perła Południa", żaden zakaz go nie dotyczy. Prawdziwki jeszcze rosną. Te najpiękniejsze, twardziele jesienne. Niektóre mają robaczywe korzenie, ale kapeluchy zdrowe, mięsiste i pełne aromatu. 

6 października

Telefon od babci Nowakowej:
- Andrzej?
- Tak, Andrzej.
- Z Szonca?
- Nie, z Rytra!
- Bedzies jutro?
- Bede!
- Kupisz mi ziele angielskie?
- Kupie, ile?
- Dwie torebki i chlyb, i co na rosół, i dwie świcki.
- Dobra, ziele, świcki, chlyb i co na rosół. Bede pamiętoł!
- Uciesys sie, bo coś porównoł, to ci dziki zryły!
- To przyjade pilnować.
- Weź se szczelbe!
- Wezne, swoją!
- Weź, mosz mało używano!
- Ale staro!
- To nic, jak naboje dobre!
- No to do jutra.
- No!

3 października

A to świnie, dzikie! Zryły całą polanę pod chatą, od lasu po same drzwi. Do środka nie wlazły, bo zamknięte było na kłódkę. Dwa dni potrzeba, by przewrócić darń i wyrównać pole. Taką to mam pracę dodatkową, nieprzewidzianą i niezbyt przyjemną. Buki rudzieją, jesień skrada się z każdej strony. Dziś szczyt Kordowca cały dzień przykrywały chmury. Widoczność na wyciągnięcie ręki była, więc można było sikać na szlaku bez zatrzymywania się.
Babcia kazała przekazać, że w niedzielę o 14 na polanie "Pościel Jacka" będzie msza i poświęcenie kamienia - pomnika Jacka Durlaka, ostatniego przewodnika, który po górach w kierpcach chodził, przyjaciela naszego serdecznego, co nam go góry odebrały, gdy wracał do Piwnicznej z Poczekaja przez Niemcową. Na mszę wychodzę z Kordowca o 13. Jeśli ktoś będzie chciał iść, chętnie zaprowadzę. Nocleg też można na weekend dostać, bo na szlakach pustki zupełne. 

29 sierpnia

Drogi Zajączku Krzysiu,
tak piszesz w księdze gościów, jakbyś na Kordowcu nigdy nie był i nie przychodził rano i wieczorem skubać mlecze pod ścianą. Jakbyś roboty nie widział, harówy mojej codziennej i pracowitego świętowania.
Zaczęło się od drzew. Dwie potężne jodły złamane jeszcze w listopadzie przez okrutną wichurę musiałem w lesie porżnąć na klocki, gazikiem do chałupy przewieźć, pociupać na szczypki i pod ścianą złożyć, bo zima blisko, gdyż myszka pierwsza na strychu skrobie w ścianę. Do tego lało okrutnie, błoto było, gaz w lesie się ślizgał i rzęził, że woli turystki na rurce wozić, a w pniach jodeł ukryły się jadowite szerszenie i broniły swoich żywicznych przysmaków przed piłą motorową.
A potem grzybami sypnęło. Wysyp stulecia był, więc z koszykami, reklamówkami, nożem po grapach i zbyrkach całymi dniami się uganiałem. Same prawdziwki różnego koloru i podgatunku, po dwieście dziennie na łeb zbieracza się przynosiło. Nawet ślepi, głusi zbierali! Suszyć już nie było gdzie i spleśniało trochę. W kuchni, gdzie na kolcokach, siatkach i drutach wisiały girlandy grzybowego mięsiwa zapach był tak mocny, że grzyby się wszystkim śniły. To znaczy kapelusze chłopom, a babom korzenie, zdrowe i twarde. Sny takie wróżą podróże długie i niebezpieczne, stąd też często do Rytra jeździć musiałem po coś do picia.
No i święta były. Z babcią wspólne urodziny obchodziliśmy i malutkie babci imieniny przy ćwiorteczce gorzkiej żołądkowej. Intymnie, we dwoje te święta spędziliśmy przy świecach, ale z konieczności, nie dla nastroju, bo prądu, jak zwykle, u babci nie było. Na imieniny wywiozłem jej rolkę papy do przykrycia wejścia nad piwnicą. Takie dajemy se prezenty.
Dziki grasują paskudnie. Buchtują w poszukiwaniu robactwa i co noc nowy kawał łąki mi orzą. Trzeba rano skiby układać, żeby trawą nie przerosły, bo potem nie udrze i nawet odszkodowanie z nadleśnictwa nie pomoże. Na jesionie przy źródle ambonę zbudowali, żeby towarzystwo ryjące zlikwidować. Nawet sąsiad owiesek lichy poświęcił na zanętę, bo jak dziki są żarciem zajęte, to myśliwego nie czują. Kiedy dziki się powystrzela, jego koń zamiast owsa będzie całą zimę żarł dziczyznę. I tyle.

20 marca

Podobno dziś pierwszy dzień wiosny. Zrobiłem kilka fotografii, które ilustrują, że na Kordowcu do wiosny jeszcze przynajmniej dwa metry śniegu. Pod Ostrym Groniem natknąłem się na spore stado z sześcioma bykami. Nie zrzuciły jeszcze poroża, ale już poszukiwacze rogów ruszyli w góry. Stada nie sfotografowałem, bo to ja okazałem się jeleniem, kiedy nagle rozładowały się baterie w aparacie. Cóż, Chińczycy nie przewidzieli, że ktoś bedzie się uganiał za jeleniami z aparatem, w śniegach, przy dziesięciostopniowym mrozie.
Babcia nadwyrężyła mocno rękę przy odśnieżaniu. Spuchła jej paskudnie, ale już jest lepiej. - Resztę opuchlizny wyciągnie ziemia - żartuje smażąc świetne oponki. "Kawo" też jak zwykle była znakomita.

13 lutego

"Lepiej siedzieć w górach niż w więzieniu". Ale nie zimą!

3 lutego

Śniegu przybywa. Na szczęście nie wieje zbyt mocno i nie tworzą się zaspy. Na Kordowcu mgły, wszystko tonie w bieli i szarości. Nie widać granicy między ziemią i niebem. Rano poszedłem do babki, by zanieść jej chleb i nową łopatę do śniegu. Akurat babcia z Władkiem Wielochą wybrali się na "ostatki" do sąsiadki, więc spotkaliśmy się na szlaku. Władek poszedł, a babcia wróciła ze mną do swojej chatynki. Żeby wypróbować nową łopatę, zabrałem się do pracy i w ekspresowym tempie odgarnąłem śnieg ze ścieżki do stajni. Kiedy skończyłem, poszliśmy na Kordowiec. Po drodze opowiedziała babcia o niezwykłej jasności poprzedniego wieczoru. Przypuszczam, że było to odbicie zorzy polarnej. Babcia nie umiała nazwać tego zjawiska, ale słyszała w radiu, że takie coś może być. Władek Wielocha wytłumaczył jej, że to się niebo otworzyło dla niej, ale babka nie poszła. Babcia przypuszcza, że może to być znak choroby papieża, który się zmordował pielgrzymkami i tyloma językami. Kiedy go wybierali, widać było na niebie biały krzyż, który od Piwnicznej przesuwał się nad Makowicę.
Ponieważ miałem ładownicę, podładowałem babciną jej i z poleceniem kupienia baterii do radia i lampki powędrowałem przez białe morze do Rytra.

29 stycznia

Temperatura w Nowym Sączu -28 przy gruncie, w Rytrze -16, na Kordowcu -12, na Poczekaju u babci Nowakowej -10. Droga w Cygańskim Potoku odśnieżona, potem tylko ślady sań. Śnieg po kolana, następnie po pas, a przy chacie po szyję. W środku mroźna cisza, woda zamarznięta. Po odmorożeniu i odśnieżeniu chatki wyprawa do babci wąską ścieżynką wśród zasp. Królowa Gór ucieszona z prowiantu - kiełbasy, podgardla (ulubione "mięso" babci), chleba. Jeszcze tylko godzina roboty przy odśnieżaniu dróżki od stajni do źródła, żeby szerzej było i wiadra nie ciągnęły się po śniegu, kawo w nagrodę i powrót na Kordowiec, a potem, prawie nocą, do Rytra.
Uczestnicy wyprawy: Gazda z Kordowca i jeden doświadczony turysta, który umie chodzić pod śniegiem jak kret pod ziemią - pies Kiwi, stary baciar.

27 stycznia

Od wczoraj bardzo intensywne opady śniegu. Zaspy ogromne, Kordowiec zasypany i niedostępny. W sobotę 29. stycznia trzeba odwiedzić babcię Nowakową, aby odśnieżyć przejście do stajni i źródła oraz zanieść jej chleb i inny prowiant. Wyruszam z Rytra rano. Jeśli ktoś chce pomóc babci, zapraszam na wyprawę. Nocleg w chacie na Kordowcu za darmo, zejście do Rytra w niedzielę. Konieczny wcześniejszy kontakt telefoniczny. Uwaga: wejście będzie prawdopodobnie trudne; raczej dla doświadczonych i przyzwoicie wyposażonych turystów.

15 stycznia (według babci 16)

Śnieg drobniutki, słoneczko mizerne, wieczorem zawierucha. Temperatura -4.
"Rąbanie drzewa to tyle, co pisanie na maszynie". Byle rękawice nie przemakały i zamarzały na przemian.
Ja: Nimioł chłop kłopotu, to sie obzyniuł.
Babka: Nimiała baba kłopotu, przywionzała świnie do płotu. Świnia kwicy, baba krziycy.
A tak noprowde, to zima dobro, bo ji nima! Ino w cwortek lody takie były, zem do stajnie na kolanach sła jak do Częstochowy. Takie to były dziś pogwarki filozoficzne z babcią Nowakową.

8 stycznia

Tylko rąbanie i układanie drewna. Pogoda parszywa. Silny wiatr, mgły, a właściwie chmury. Temperatura poniżej zera, pod nogami zmarznięty na beton śnieg, a z każdym podmuchem wiatru wodospad lodowy z drzew. Na szlaku pusto. Nieliczne chłopki przemykają po lesie w poszukiwaniu wierzchołków połamanych przez wichurę jodeł. Byłyby świetne ostrewki, ale już za poźno. Pierwsi poszukiwacze ruszyli kilka tygodni temu. Zwalone drzewa leżą nadal, ale wirchy wyniesione z lasu i okorowane będzie można kupić na jarmarku w Starym Sączu. Zjazd gazikiem wieczorem. Droga oblodzona, więc trochę przodem, trochę bokiem, trochę tyłem - tak po żydowsku, byle do asfaltu.

7 stycznia

Rżnięcie i rąbanie. Trzy buki całkiem spore do przerobienia. Pnie tęgie, koń ledwie przyciągnął w kawałkach. Po przecięciu na klocki rąbanie i układanie w stosy podobne do kopek siana. Pogoda przyjemna - dość ciepło i bezwietrznie. Noc w chacie ciepła, woda odmarznięta, myszy wyprowadziły się do lasu, więc cisza absolutna.